14 października

CIASTO BOUNTY

CIASTO BOUNTY

Na facebooku zapytałam się Was jakie ciasto przygotowałam - najczęściej przewijała się odpowiedź Oreo. Jednak to nie o tym batoniku mowa. Dzisiaj mam dla Was przepis na zdrową wersję batonika Bounty, który należy do moich ulubionych :) Ciasto wbrew pozorom jest łatwe do przygotowania, ale niestety trochę trzeba poczekać zanim zje się kawałek, bo potrzebuje sporo czasu na to, aby krem stężał ;) Do roboty! 

Składniki (tortownica 26cm):
Spód:
- 1 jajko
- 200g mąki kokosowej 
- 150g ksylitolu 
- 50g kakao
- 200g masła 
- 3 łyżki śmietany (ja dałam 12%)
- 250ml mleka kokosowego 
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 1/2 łyżeczka cukru wanilinowgo
- 50g wiórek kokosowych
Krem kokosowy:
- 200g wiórek kokosowych
- 100g kasza manna
- 100g ksylitolu
- 500ml mleko kokosowe
- 150g masła
Polewa:
- 200g gorzkiej czekolady
- 50g masło 

Jak to zrobić?
Najpierw przygotowujemy spód, a więc masło ucieramy z ksylitolem tak, aby uzyskać jednolitą masę. Następnie dodajemy do tego resztę mokrych składników czyli śmietanę, jajka i mleko. Mieszamy. Dodajemy składniki suche: mąkę, cukier wanilinowy, proszek do pieczenia oraz kakao i wiórki kokosowe. Wszystko dokładnie mieszamy. Całą masę przelewamy na naszą tortownicę, którą wcześniej wykładamy papierem do pieczenia. Spód pieczemy przez 40 minut w temperaturze 180 stopni. Po upływie tego czasu ciasto wyciągamy i czekamy, aż się schłodzi. Teraz pora przygotować krem. Zagotowujemy mleko kokosowe i dodajemy do niego kaszę mannę i wiórki kokosowe, mieszamy tak długo, aż otrzymamy jednolitą masę. Odkładamy do przestudzenia. W tym czasie ucieramy masło z ksylitolem, następnie łączymy ze sobą wszystkie składniki i mieszamy tak, aby uzyskać krem. Smarujemy nim nasze ciasto. Odkładamy do przestudzenia. Następnie przygotowujemy polewę - masło i czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej - ja do garnka nalewam wody, stawiam na niego miskę, wrzucam do niej składniki i zagotowuję wodę, aby uzyskać parę. Ciągle mieszam, aby czekolada i masło się rozpuszczały. Zalewamy nią nasze ciasto i już ostatni raz odkładamy do ostygnięcia po czym umieszczamy ciasto w lodówce. Jeśli ktoś ma ochotę na jeszcze więcej kokosa to ciepłą jeszcze polewę może posypać wiórkami kokosowymi. Smacznego! :)



03 października

PAŹDZIERNIKOWE PROPOZYCJE KSIĄŻKOWE

PAŹDZIERNIKOWE PROPOZYCJE KSIĄŻKOWE

Witajcie w październiku! Dzisiaj mam dla Was nowe propozycje na jesienne (i nie tylko) wieczory. Te cztery książki są jednymi z moich ulubionych, więc z całego serca polecam je do przeczytania. Obecnie stacjonuję pomiędzy pracą, treningami, a studiami, więc nie mam dla siebie zbyt dużo czasu, ale i tak czytam, bo to mnie relaksuje. Mimo natłoku i za krótkiej doby lubię swoje życie, a jeszcze bardziej polubię je w listopadzie ^^ Wrześniowe polecone możecie zobaczyć pod TYM linkiem. Była również rzucona propozycja polecania filmów, ale szczerze powiedziawszy jedyne, co ostatnio oglądam to Gra o Tron, bo z Łukaszem wzięliśmy się za nią od pierwszego sezonu, ale na filmy nie mam po prostu czasu. Jedyne, co to jak wybierzemy się do kina to na fanpage wrzucam szybką i krótką recenzję, z TO możecie zobaczyć pod TYM linkiem, a dwa seanse nam już przepadły, taki los ;) Nie przedłużając zapraszam do zapoznania się z październikowymi propozycjami.

Stephen King „Christine”

Opisałabym Wam książkę po swojemu, ale jej opis, który znajduje się z tyłu wystarczająco zachęca do przeczytania:
„To była miłość od pierwszego wejrzenia. Siedemnastoletni Arnie Cunningham zobaczył Christine i zdecydował, że musi ona należeć do niego. Zafascynowany, nie słuchał ostrzeżeń najlepszego przyjaciela ani swojej dziewczyny, która go w końcu opuściła, pokonana przez rywalkę. Rodzice, nauczyciele i wrogowie Arniego przekonali się, co znaczy stanąć na drodze mściwej i bezlitosnej Christine. Bo Christine to nie kobieta. To siejący zło i śmierć Plymouth fury rocznik 1958, samochód widmo."
„Christine”, jedna z bardziej popularnych powieści Kinga, została zekranizowana niemal od razu po ukazaniu się książki. Film w reżyserii Johna Carpentera wszedł na ekrany kin w 1983 roku.”
Powiem Wam tak – przeczytałam ją kilka lat temu i do dzisiaj pamiętam te dreszcze jak nocą przechodziłam obok samotnie stojącego samochodu na parkingu supermarketu. Bałam się potwornie, że samochód zaraz zapali swoje światła i popędzi w moją stronę, bo na pewno jest przeklęty. Książka trzyma w napięciu, nie potrafisz się od niej oderwać i chcesz się dowiedzieć jak skończy się ta przerażająca historia – o jednym mogę Was zapewnić – zapamiętacie tę książkę na długo. Ja jeszcze do dziś przy bardzo pobudzonej wyobraźni i widoku samotnego samochodu mam nogi jak z waty.
Tak naprawdę jest to klasyk Kinga, po który fan jego literatury obowiązkowo musi sięgnąć.

Susan Maushart „E-migranci”

Książka, która otworzyła mi oczy. Pomogła na chwilę odejść od Internetu i po prostu nakłonić do cieszenia się światem zewnętrznym. Dzięki niej nabrałam ogromnego dystansu do mediów. O czym jest t cudo?
Napisana została przez amerykańską dziennikarkę, która książkę tę traktuje, jako pamiętnik „E-migranci to opowieść o tym, jak pewna bardzo ekscentryczna rodzina przeżyła półtoraroczną tułaczkę po pustyni…” pisze w swoim wstępie autorka. Publikacja ta opisuje cały przebieg tego doświadczenia, jego skutki, przemyślenia z niego płynące, a co najważniejsze pokazuje, jaki wpływ na rodzinę i nasze życie mają media od telefonu na telewizorze kończąc. Zapewniam – nauczy ona Was tego jak mieć kontrolę nad tym wszystkim i jak się w tym nie zatracić. Dawno nie miałam tak dobrej książki w rękach, a olbrzymim plusem tego wszystkiego jest to, że pisana jest ona podstawie prawdziwych wydarzeń z perspektywy „królika doświadczalnego”
Jakim cudem znalazłam się w jej posiadaniu? Bodajże na drugim roku studiów miałam ją przeczytać na zaliczenie. Początkowo uważałam ją za totalnie zbędną na mojej liście przeczytanych, ale teraz już wiem, że błędem byłoby zostawienie jej i dosięgnięcie jakiegoś krótkiego streszczenia.

Lisa Rogak „Życie i czasy Stephena Kinga”

Mamy tu fanów Kinga? Ręka do góry! Jeśli śledzicie mój Instagram to na Instastory mogliście zobaczyć jak dosłownie pochłaniam tę książkę w każdej wolnej chwili, a szczerze powiedziawszy zapomniałam o niej, bo przeleżała u mnie dwa miesiące. Kupiona na przecenie w supermarkecie została odkryta przez przypadek podczas porządków na biblioteczce ^^
Lisa Rogak w świetny sposób opisała życie mojego ulubionego autora, a uwierzcie mi zrobienie tego nie należało do najprostszych, bo życie Kinga to jeden wielki chaos. Obowiązkowa pozycja dla fanów Kinga! Dzięki niej dowiecie się jak powstały jego kultowe powieści, jak wyglądało jego dzieciństwo, jak wygląda jego codzienność i jakie podejście ma do ekranizacji swoich książek. Generalnie – bibliografia na szóstkę.
Chyba przeczytam ją jeszcze raz ^^

Joy Fielding „Martwa natura”

Podobno bestseller – tak pisze na okładce, więc skuszona tym napisem zagarnęłam ją podczas zakupów w supermarkecie, bo akurat była na nią przecena. Nie oczekiwałam wiele – nie znam autorki, tytuł też niewiele mi mówi, no, ale raz się żyje znowu będę głodować, ale biorę! I dobrze, że wzięłam.
Trzydziestoletnia Casey jest bogatą, piękną i spełnioną kobietą. Wiedzie cudowne życie przy boku najbliższych przyjaciół i swojego ukochanego. Pewnego dnia spotyka ją tragedia – uderza w nią rozpędzone auto, a ona sama zapada w śpiączkę. Wszyscy próbują dojść do tego, kto to zrobił i dlaczego, a Casey wszystko słyszy, ale nie umie odpowiedzieć. Kto to zrobił? Dlaczego ktoś chciałby skrzywdzić kobietę sukcesu? Czy główna bohaterka przeżyje? Jedyne, co możecie zrobić to przeczytać tę historię. Powiem Wam jedno – prawda jest dużo straszniejsza niż się wydaje.
Książka dobra, a nawet bardzo. Trzeba trochę pogłówkować, ale nie nazwałabym jej trudną. Wbrew historii całkiem przyjemnie się ją czyta. Pewnie jeszcze nie raz sięgnę po jakąś pozycję od Joy Fielding, bo jej dorobek jest pokaźny ^^



To tyle na dziś! Kolejne propozycje już za miesiąc, a uwierzcie mam w czym przebierać i co polecać ;)


29 września

CIASTO CZEKOLADOWE Z MASŁEM ORZECHOWYM

CIASTO CZEKOLADOWE Z MASŁEM ORZECHOWYM

Czekolada i masło orzechowe? halo jestem w niebie! Niestety dzisiejsze ciasto to istna bomba kaloryczna, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Standardowo można zmienić mąkę i dać dowolne mleko ;) Mimo wszystko warto je zrobić i spróbować choć kawałek... tylko czy da się zjeść jeden? ^^

Składniki (blacha 38x25):

Spód:
- 200g margaryny 
- 200g gorzkiej czekolady
- 4 jajka
- 200g ksylitolu 
- 50g mąki owsianej
- 150g mąki tortowej
- 125ml mleka 
- 3 czubate łyżki kakao
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Krem:
- 500g mascarpone
- 90g cukru pudru
- 1 małe opakowanie cukru waniliowego
- 400g masła orzechowego 

Polewa:
- 100g gorzkiej czekolady
- 3 łyżki oleju kokosowego

Jak to zrobić?

Margarynę rozpuszczamy wraz z czekoladą w wodnej kąpieli. W między czasie jajka miksujemy wraz z ksylitolem w misce. Gdy nasze składniki się rozpuszczą łączymy je ze sobą. Przesiewamy mąkę pomieszaną z kakao i proszkiem do pieczenia do reszty składników. Całość jeszcze raz miksujemy. Spód wlewamy do blachy i pieczemy w 180 stopniach przez 30 minut. Przygotowujemy krem - wszystkie składniki dokładnie ze sobą miksujemy, tak aby powstała nam jednolita miękka masa kremowa. Wyciągamy ciasto czekamy, aż ostygnie, a następnie nakładamy na nie nasz krem. Wkładamy do lodówki na godzinę. Przygotowujemy polewę - czekoladę i olej kokosowy rozpuszczamy w wodnej kąpieli, a następnie polewamy nią nasze ciasto. Wkładamy do lodówki na chwilę i kroimy. Ciasto przechowujemy w lodówce. Smacznego!





24 września

BUDAPESZT NA WEEKEND PO RAZ DRUGI

BUDAPESZT NA WEEKEND PO RAZ DRUGI


Dzisiaj pora na drugi wpis z naszego weekendowego wypadu do stolicy Węgier – Budapesztu. Poprzedni post możecie przeczytać Tutaj.
Piątek skończył się na oglądaniu parlamentu nocą to w sobotę nie pozostało nam nic innego jak zobaczyć go w świetle dnia i jego pełnej okazałości. Główna fasada parlamentu położona jest w stronę Dunaju, ale główne wejście do budynku znajduje się na placu parlamentu, na którym to właśnie spędziliśmy sobotnie południe. Parlament zachwyca z każdej strony, jest przepiękną i olbrzymią konstrukcją. Nie mieliśmy okazji wejść do środka, ponieważ zwiedzanie odbywa się tylko i wyłącznie z przewodnikiem, trwa pięćdziesiąt minut i nie jest po polsku, a wejściówkę trzeba załatwiać sobie wcześniej, bo dostępność biletów jest ograniczona. Jednakże, jeśli będziecie mieli okazję być tam skorzystajcie tylko pamiętajcie o tym, żeby wcześniej wykupić rezerwację. Naprzeciw parlamentu znajduje się Muzeum Etnograficzne, do którego też warto zajrzeć.





Kolejnym przystankiem na naszej liście był Plac św. Trójcy, gdzie znajduje się Baszta Rybacka, która została nazwa na cześć Rybaków chroniących tamtejszej części miasta. Budowla iście bajowa, z której to rozpościera się niesamowity widok na Peszt z Parlamentem i Bazyliką św. Stefana na czele. Wejście na basztę kosztuje 1 euro, albo 280 forintów, więc za niewielkie pieniądze można zobaczyć wspaniałą panoramę miasta. 







Na placu tym znajduje się również Kościół św. Macieja, gdzie odbywa się ślub za ślubem, co wcale mnie nie dziwi, bo miejsce naprawdę bajkowe, a panny młode wprost z kościoła kierują się w stronę murów na pierwsze ślubne zdjęcia. Przy baszcie znajduje się restauracja z widokiem na panoramę miasta oraz możemy skosztować przepysznych lodów. Naprzeciw Baszty Rybackiej znajduje się hotel Hilton, dzięki czemu mamy kontrast nowoczesności ze stylem neoromańskim. Stamtąd kierowaliśmy się w głąb zabytkowej części Budy w ten sposób z dala od tłumów mogliśmy zachwycać się zabudową tej części miasta. Trafiliśmy pod Narodowe Archiwum Węgier, które oczywiście znajdowało się w zabytkowej budowli. Stamtąd skierowaliśmy się do restauracji mieszczącej się w bocznej ulicy, gdzie zjedliśmy specjał Węgier – zupę gulaszową, trochę ostrą, trochę słodką, ale przepyszną.






Stamtąd ruszyliśmy w stronę mieszkania, aby naładować baterie przed wieczornym zwiedzaniem miasta.







Wieczorem mimo lekkiego deszczu ruszyliśmy w stronę Alei, Andrassy, która jest najdłuższą ulicą Budapesztu. Znajdują się na niej ambasady, w tym Ambasada Polski. My będąc na niej zatrzymaliśmy się przy gmachu Opery Narodowej gdzie mimo niepogody odbywał się pokaz na świeżym powietrzu. Ulica na weekend jest zamykana i tym razem odbywał się tam festiwal jedzenia, pachniało z każdej strony, a menu było przeróżne i każdy znalazłbym coś dla siebie. Na końcu ulicy znajduje się napisz BUDAPEST jednak zrobienie przy nim zdjęcia graniczy z cudem, nawet wtedy, gdy pada deszcz.


Wróciliśmy pod Bazylikę św. Stefana, aby zobaczyć jak wygląda nocą i poszliśmy na szybką kolację w postaci pizzy. Gdy my siedzieliśmy w ciepłym, choć ciasnym pomieszczeniu na dworze zaczęła się ulewa i burza, a nam zostało jeszcze dotarcie do mieszkania. Wyciągnęliśmy nasze kurtki przeciwdeszczowe i niezrażeni niesprzyjającą aurą ruszyliśmy.


Niedzielny poranek postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie Centralnej Hali Targowej, która jak wiadomo robi wrażenie już z zewnątrz, a w środku jest ogromna ilość budek z lokalnymi towarami. Pech chciał, ale hala okazała się być w niedzielę zamknięta, więc musieliśmy obejść się smakiem. Jednak udając się do Aldi, który znajduje się w podziemiach mogliśmy, chociaż zerknąć na jej wnętrze. Jeśli ktoś chce obok supermarketu znajduje się sklepik z lokalnymi pamiątkami ja kupiłam przyprawy zrobione z papryki.



Powrót do domu odbył się w deszczowej pogodzie, więc droga nieznacznie nam się wydłużyła, ale daliśmy radę i w okolicach siedemnastej stawiliśmy się w naszych domach.

Budapeszt zachwycił każdego z nas. Ja pokochałam go za całokształt i za to, że pomimo tego, iż miasto jest olbrzymie to naprawdę można w nim odpocząć. Na pewno tam wrócę nie tylko z powodu tego, że jeszcze zostało kilka miejsc do zobaczenia, ale z tej fascynacji tym miastem. Póki, co przeglądam książki, przewodniki i relacje, abyśmy wraz z Łukaszem mogli odwiedzić kolejne piękne miejsce co to będzie jeszcze się okaże, wiemy jedno w tym roku jeszcze na pewno gdzieś się udamy!;)



21 września

CZY WARTO ZMIENIAĆ STUDIA? | Z PERSPEKTYWY STUDENTA, KTÓRY LICENCJAT ROBIŁ CZTERY LATA

CZY WARTO ZMIENIAĆ STUDIA? | Z PERSPEKTYWY STUDENTA, KTÓRY LICENCJAT ROBIŁ CZTERY LATA


Gdzieś pomiędzy jednym postem z Budapesztu, a drugim przychodzę do Was z czymś zupełnie innym, spokojnie stolica Węgier nie ucieknie, a że wrzesień się kończy to zbliża się dobry czas, aby poruszyć dzisiejszy temat.

Październik powoli puka do naszych drzwi, czego zapowiedzią są męczące nas ulewy, a ja nie mam ochoty wyciągać nosa poza moje cztery ściany. Odkurzyłam dawno nieużywane lampiony, wyciągnęłam z pudełek zapomniane książki i powoli szykuję się do przeżycia tak znienawidzonej za pogodę i ukochanej za kolory - jesieni. Jednak październik to również dla wielu z nas początek czegoś nowego – studiowania. Ja tegoroczny zaczynam na nowych studiach zaocznych, aby uzyskać dyplom magistra. Jednak, jeśli ty drogi czytelniku dopiero zaczynasz przygodę ze studiami to tekst ten w szczególności skierowany jest do Ciebie.

Od zawsze powtarzano mi, że kiblowanie, rezygnowanie z nauki i utrata lat z powodu jej przerwania i ponownego powrotu to coś złego, że to tylko strata czasu i jeśli obrało się jakąś drogę to należy w niej pozostać i nic nie zmieniać, a skończenie czegoś później nie jest powodem do chwalenia, a wręcz powinno się to ukrywać. O ile zgodzę się z tym faktem, że w przypadku zostania w klasie za moich czasów (matko) gimnazjalnej z powodu lenistwa czy sprawiania problemów wychowawczych o tyle będę się rękami i nogami broniła, jeśli chodzi o kwestię studiów i mówię Wam to ja – człowiek, który licencjat robił cztery lata.

Sprawa wygląda dość prosto – skończyłam liceum o profilu ścisłym, więc jasne było to, że studia będą też ścisłe i wszystko byłoby okej gdyby nie fakt, że na pierwszym roku po prostu przestałam czuć tzw. zajawkę mikroskopem i rozcinaniem muszek owocówek, a złapałam zajawkę na pracę z ludźmi i pomaganie im. Zresztą od zawsze lubiłam to robić, więc dla mnie sprawa była prosta – kończę ten rok i uciekam na to, co chcę, no, ale nie do końca było tak prosto jak mogłoby się wydawać.

Pamiętacie, co mówiłam o tym, że porzucenie studiów nie jest chwalone? Tak to właśnie też wyglądało – lament rodziców, że przecież mi się podobało, że przecież chciałam to robić, że przecież sobie radzę, że przecież będę mogła dobrze zarobić, że przecież jestem po ścisłym liceum, że straciłam rok i tutaj miarka się przebrała, bo rok w porównaniu do całego nieszczęśliwego życia w laboratorium to naprawdę niewiele;) Ku ścisłości – studiowałam biotechnologię, którą polecam całym sercem, bo jest wspaniała, ale kurde… nie dla mnie. Żeby dokładnie to sprecyzować – nie miałam problemu z tym kierunkiem, nie groziły mi warunki itp. tylko po prostu coś mi nie grało. Pierwszy podstawowy błąd zauważyłam po pierwszym semestrze – zamiast na inżynierkę poszłam na licencjat to już był dla mnie strzał w kolano. Ostateczną decyzję podjęłam w czerwcu, więc praktycznie przed sesją letnią, jeśli dobrze pamiętam do jednego czy dwóch egzaminów podeszłam resztę zostawiłam, bo wiedziałam, że i tak nic to nie wniesie do mojego życia, no za wyjątkiem stresu.

Złożyłam dokumenty na zupełnie nowy kierunek, na który nawiasem mówiąc składałam papiery równolegle z biotechnologią tak wiecie na wszelki wypadek, ale skutecznie odstraszył mnie wydział – Wydział Teologiczny. Klamka zapadła i jednak zdecydowałam się na niego -Nauki o Rodzinie, mówi Wam to coś? Spoko mi też nie mówiło, wiedziałam tylko, że na pracę socjalną idzie pełno osób, więc chciałam znaleźć podobny kierunek i padło na ten. Moje obawy przed wydziałem okazały się niepotrzebne, bo przeżyłam najlepsze trzy lata studiów, obroniłam się i obecnie pracuję w zawodzie, co podobno jest jakimś cudem, bo pracę załapałam tydzień po obronie i naprawdę bardzo ją lubię. Koniec końców magistra robię zaocznie na kierunku praca socjalna, ale wiem jedno – na pewno mi się to przyda.

Dlaczego Wam to piszę? Powód jest całkiem prosty - nie bójcie się zmienić studiów. Nie oszukujmy się mając te osiemnaście lat nie możemy być do końca pewni, co chcemy robić w życiu, raczej skupiamy się na tym, aby dobrze przeżyć naszą młodość i mieć, co opowiadać w przyszłości. Jasne niektórzy z nas mają już od dawna wyznaczony cel, ale jeśli ktoś powątpiewa to naprawdę rok czy nawet i dwa w perspektywie dwudziestu pięciu lat pracy to niewiele;) Mam znajomych, którzy do dzisiaj żałują, że nie zrezygnowali ze studiów i nie poszli na nic innego, a do końca życia będą wykonywać pracę, której nienawidzą. Wiele osób idzie na studia jakiekolwiek, bo tak wypada, chociaż wcale ich nie chcą – męczą się na nich, narzekają, kończą o ile je kończą i potem nie wiedzą, co dalej, a przecież rok przerwy to nic takiego, naprawdę! Ja wiem, że czasem fajnie iść na łatwiznę i wybrać proste studia byleby je mieć, ale czy warto tracić czas i poniekąd życie? Jedyne, z czym się zgodzę to fakt, że ten rok spędzony na studiach, a nie na pracy to rok strat pieniężnych, bo za coś trzeba żyć, jakoś trzeba dojeżdżać, ale poza tym? Nie widzę przeszkód do zrobienia sobie roku przerwy czy też rezygnacji ze studiów, chyba, że czyjś rok przerwy zrobi się w kilkuletnią leniwą przerwę i życie na łasce rodziców – co to, to nie.

Z góry chciałabym zaznaczyć, że nie zachęcam nikogo do lenistwa, do bycia wiecznym studentem – bo tam źle, a tam jeszcze gorzej, więc postudiuję do czterdziestki co rok, dwa zaczynając od nowa i tak bez końca, aż całkiem zrezygnujemy ze studiów i nie będziemy mieć stażu pracy, wykształcenia, kompletnie nic. Zachęcam do porządnego i racjonalnego przemyślenia swojej przyszłości, do przeanalizowania, do rozmowy z innymi studentami, absolwentami itp. i nie obawiania się ryzyka, że będziecie mniej szanowani, że stracicie rok czy cokolwiek innego, bo nikt za Was życia nie przeżyje – czasem lepiej zwolnić, pomyśleć i dopiero wtedy znowu ruszyć, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jest to czasem tak łatwe jak się mówi i że nie każdy ma tyle szczęścia i podjęcie ryzyka okaże się porażką, ale… lepiej żałować, że się spróbowało, niż żałować, że się tego nie zrobiło. Wiecie, czego ja żałuję w tych decyzjach? Że nie zaczęłam równolegle studiować drugiego kierunku, bo myślałam, że sobie nie poradzę i to mnie zgubiło, gdybym mogła cofnąć czas na pewno bym zaryzykowała, ale cóż człowiek uczy się na błędach, prawda? Jednak lepiej uczyć się na cudzych, stąd też ten post dla Was;)


Macie jakieś doświadczenia w związku z tym tematem? Zaryzykowaliście? Żałujecie swoich decyzji? Podzielcie się!:)




19 września

BUDAPESZT NA WEEKEND

BUDAPESZT NA WEEKEND


Zakochałam się, znowu. Kocham już Pragę, kocham Karpacz, a teraz pokochałam Budapeszt. Żałuję, że byłam tam raptem weekend, ale na pierwszy raz wystarczyło, żeby przeżyć miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż jeszcze w czwartek wieczorem tak bardzo mi się nie chciało, że zaczęłam pakować się praktycznie nocą, co u mnie raczej się nie zdarza, bo w tej kwestii staram się być perfekcjonistką i pierwsze rzeczy poukładane mam na kilka dni przed wyjazdem, aby przypadkiem niczego nie zapomnieć.


Droga nie była tak męcząca jak podejrzewałam, a prawie siedem godzin minęło nadzwyczaj szybko. Po drodze miałam okazję kątem oka zerknąć na Bratysławę i powspominać tydzień w Ołomuńcu. Chwilę po piętnastej dotarliśmy na miejsce i pomimo tego, że trafiliśmy na godziny szczytu dotarcie do wynajętego mieszkania nie było problemem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to Dunaj i mosty nad nim – piękne, potężne i zabytkowe. Mieszkaliśmy obok Dworca Zachodniego, który jest przepiękną budowlą, blisko mieliśmy również do Parlamentu i Bazyliki św. Stefana, więc można powiedzieć, że udało nam się znaleźć idealną bazę wypadową. Nasze lokum rezerwowaliśmy na booking.com mieściło się ono w starej kamienicy z przepięknym dziedzińcem.


Zanim przejdę do opisywania naszej wycieczki warto pokrótce przypomnieć sobie skąd wziął się Budapeszt. Samo miasto powstało poprzez połączenie trzech miasteczek oddzielonych Dunajem – Buda i Óbuda (najstarsze miasteczko) - prawy brzeg Dunaju i Peszt – lewy brzeg Dunaju (my mieszkaliśmy w Peszcie). Oficjalnie powstał w 1873 roku. Obecnie Budapeszt nazywany jest Perłą Dunaju, a jego powierzchnia to 525,16 km2. Każda ze stron Budapesztu ma do zaoferowania wspaniałe i warte zobaczenia zabytki, Buda to dawna rezydencja władców węgierskich, Óbuda wojsko i termy rzymskie, a Peszt to dzielnice mieszkalne.


Naszym pierwszym kierunkiem była Bazylika św. Stefana, która jest największym kościołem stolicy Węgier. Poświęcona została w 1905 roku. Jeśli mamy okazję wejdźmy do jej środka, wnętrze zachwyca, panuje w nim złoty przepych. Wstęp do Bazyliki jest bezpłatny. W czasie jej zwiedzania może odbywać się akurat Msza, więc z grzeczności należy po prostu poruszać się po niej cicho. Wchodzi się jednymi drzwiami, wychodzi drugimi. Akurat na placu znajdującym się przy Bazylice odbywał się festiwal słodyczy, więc wiecie, co to znaczy prawda? Z bólem serca przechodziłam obok tych wszystkich słodkości i innych cudów, które wystawiali sprzedawcy, mój zapał do spróbowania czegokolwiek szybko tłumiły kolosalne ceny, bo wiecie, jeśli mały kawałek czekolady kosztuje 25 zł to już mniej smakuje, w szczególności, że chcieliśmy, aby wyjazd był zrobiony po kosztach, aby już wkrótce móc jechać w inne miejsce ^^



Idąc do Bazyliki podziwialiśmy piękne klatki schodowe i dziedzińce, które cieszyły oko. Po drodze zahaczyliśmy o Plac Wolności, który ma związek z bojownikami o wolność Węgier, którzy zostali właśnie w tamtym miejscu straceni po powstaniu w 1849 roku. Dookoła placu znajduje się m.in. gmach Banku Narodowego. Swoją uwagę przykuwa wysoki pomnik Armii Czerwonej, który upamiętnia żołnierzy walczących o wolność Budapesztu, a pod nim znajdują się ich szczątki.



W parku można również napić się kawy czy wyprowadzić psa, a boisko do koszykówki i bliskość promenady Dunaju pozwalają aktywnie spędzić czas.



Tak naprawdę nasza piątkowa wycieczka miała jeden główny cel – zobaczyć oświetlony Budapeszt z Parlamentem na celu. Tak też zrobiliśmy zanim nastał zmrok pałętaliśmy się po mieście, przeszliśmy Most Łańcuchowy i poszliśmy dalej oglądać, tak też trafiliśmy pod kolejkę, która trochę przypominała tramwaje poruszające się po San Francisco, którą można wjechać na punkt widokowy i bodajże przejść do Zamku Królewskiego, który nam dane było oglądać z dołu, ale i tak robił niesamowite wrażenie. Obok wyciągu/kolejki była mała budka z jedzeniem, więc zjedliśmy Langosze, czyli ciasto (prawie jak do pizzy) pieczone w głębokim oleju podawane najczęściej z sosem czosnkowym i serem żółtym. Mi w zupełności wystarczyło pół, bo jest naprawdę tłusty;). Pojedliśmy, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się i tak nastał zmrok, więc zachęceni zwiększającym się oświetleniem ruszyliśmy w stronę Mostu Małgorzaty, przechadzając się promenadą Dunaju i podziwiając pięknie oświetlony Most Łańcuchowy, a w szczególności Parlament, który faktycznie robi niesamowite wrażenie, które nie oddają zdjęcia – to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy;) Piękny, potężny, zabudowy, czego chcieć więcej?




Chwilę posiedzieliśmy na ławeczce z widokiem na parlament, porobiliśmy zdjęcia z tramwajem, które jak na złość okazały się mało wyraźne, ale ja i tak je lubię, bo po prostu mają dużą dawkę pozytywnej energii i poszliśmy dalej kierując się w stronę naszego mieszkanka przechodząc przez wyżej wspomniany most Małgorzaty. Parlament prezentował się cudownie z każdej perspektywy. Bardzo późnym wieczorem wróciliśmy, do choć na drugi dzień czekała na nas kolejna dawka zabytków i poznawania tego pięknego Europejskiego miasta, ale o tym w kolejnym poście!




13 września

DLACZEGO WARTO CZYTAĆ?

DLACZEGO WARTO CZYTAĆ?

Szybki rachunek sumienia – ile książek przeczytałeś od początku roku? Jeśli żadną to obowiązkowo przeczytaj ten post, bo nawet nie zdajesz sobie sprawy ile tracisz!

Od dziecka kocham książki, pamiętam jak w szkole podstawowej byłam jedną z tych, które co chwila wypożyczały jakąś książkę i pochłaniały ją bardzo szybko. Jasne były lepsze i gorsze wybory, ale mimo tego jak zła byłaby i nudna książka zawsze dawałam jej szansę. Zdarzało mi się książki czytać kilkukrotnie, bo albo była tak świetna, że wracanie do niej to czysta przyjemność, albo byłam zbyt mała (młoda?) żeby ją zrozumieć – tak było chociażby z książkami Kinga. Nie pamiętam czy była jakaś książka, którą wypożyczyłam, bądź kupiłam i jej nie przeczytałam, czasem bywa, że jedną zaczynam i kończę za kilka miesięcy, bo akurat w moje ręce wpadła jakaś, która wciągnęła mnie dużo bardziej.
Jedyne, co jest dla mnie nie do przeskoczenia to wszelka alternatywna forma klasycznych papierowych książek. Próbowałam już e-booków i audiobooków, ale nic z tego. Nie potrafię czytać książek na komputerze, tablecie czy telefonie komórkowym, po prostu niemiłosiernie się męczę i tracę przyjemność z książki, poza tym uwielbiam zapach kartek i tuszu, a stare poniszczone książki to już w ogóle mistrzostwo świata.

Tak naprawdę, co takiego dobrego daje nam czytanie książek?

  1. Rozwijamy wyobraźnię
To jest zarówno zaleta jak i wada z jednego prostego powodu – boję się sama chodzić wieczorami, bo widzę wszystko, poważnie. Szczególnie po książkach Kinga nawet krzak przypomina mi jakąś przerażającą postać. Mimo wszystko rozwój naszej wyobraźni jest bardzo ważny, ponieważ dzięki niej nabywamy zdolność abstrakcyjnego myślenia, łatwiej wyobrazić nam sobie daną sytuację, osobę czy też przedmiot. Książki dają nam taką możliwość w porównaniu do filmu, ponieważ w filmie sytuacje, postaci i przedmioty mamy pokazane dokładnie, a w książkach musimy sami wyobrazić sobie jak to wszystko wygląda, dlatego też rzadko zdarza mi się iść do kina przed przeczytaniem książki, bo nie lubię jak później mam w głowie narzucony schemat, chociaż totalnie mi się nie zgadza z opisem.

  1. Książki zwiększają zasób naszego słownictwa i … pomagają w nauce ortografii.
Osoby, które czytają dużo książek mają znacznie większy zasób słownictwa i lepszą znajomość ortografii niż osoby, które tego nie robią, dlaczego? Powód jest dość prosty każdy autor ma swój własny, niepowtarzalny język. Książki mają w sobie olbrzymią ilość synonimów, a specjalistyczna tematyka swoje własne zagadnienia. Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię nie rozumieć do tego stopnia, że jak mam jakieś nowe słowo i nie znam jego znaczenia to odkładam książkę i zaczynam szperać w sieci, żeby dowiedzieć się, o co właściwie w tym chodzi i tak dzięki niektórym książkom dowiedziałam się znacznie więcej o zagadnieniach psychologii czy też medycyny. Czytając książki uczymy się również ortografii, czego oglądanie filmów nam nie gwarantuje, bo wiecie w filmie „morze” i „może” brzmi tak samo ^^

  1. Czytanie książek zmniejsza stres
Chociaż powiedziałabym bardziej, że pomaga zapomnieć o problemach, bo przenosimy się do świata książki, a w nim działa już tylko nasza wyobraźnia. Książka po prostu pomaga zająć głowę, dlatego polecana jest szczególnie w okresie jesienno – zimowym, kiedy nasilają się depresyjne dni, bo co jest fajniejsze niż przeniesienie się z deszczowego miasteczka do świata magii, a wszystko za pomocą wyobraźni!

  1. Czytanie zwiększa nasz zasób słownictwa

Wiecie, o co mi chodzi – znacznie lepiej słucha się kogoś, kto umie skleić zdanie w logiczną całość, niż co chwila powtarza to samo i to bez logicznego sensu. Zwiększona liczba synonimów czy nowych słów pozytywnie wpływa na naszą wypowiedź, bo i my czujemy się swobodniej i odbiorcy będzie się nas przyjemniej słuchało. Same plusy, prawda?

  1. Swobodniej wypowiadamy się na wiele tematów

Różnorodna tematyka książek, po które sięgamy skutecznie powiększa naszą wiedzę. Dlatego też możemy rozmawiać na znacznie więcej tematów. Powiedziałabym nawet, że nie tylko czytanie książek to robi, ale również czytanie czasopism, więc jeśli książka to dla Ciebie za dużo zerknij, chociaż do jakiejś gazety i przeczytaj artykuł, będziesz mieć kolejny temat do rozmowy;) Ja z czasopism polecam serię National Geographic – mój TOP1.

  1. Czytanie poprawia pamięć

Czytając, ucząc się i wyobrażając sobie obrazy opisane w książkach w naszym mózgu tworzą się nowe połączenia synaptyczne, wzmacniają się już istniejące, a spowalnia się proces ich obumierania. Potrzebujesz jeszcze jakiegoś argumentu?;)
Dzięki temu nasza zdolność zapamiętywania zwiększa się – dużo łatwiej jest nam zapamiętać numery telefonu, daty, urodziny bliskich osób czy też materiał w szkole.

  1. Fikcja literacka pomaga ćwiczyć charakter

Poważnie. Ile razy mieliście tak, że utożsamialiście się z bohaterem do tego stopnia, że jego pewne cechy przenosiliście do rzeczywistości? Mi zdarzyło się kilka razy. Książki uczą nas podziału na dobro i zło. Pokazują, że bycie dobrym niesie za sobą same pozytywne aspekty, a złe postacie zawsze przegrywają, a my lubimy wygrywać, prawda? Książki pokazują nam, jakie konsekwencje niosą za sobą pewne zachowania i to, co się z nami stanie jeśli będziemy takimi czy innymi osobami.

  1. Książki uczą empatii

Często książki są odzwierciedleniem czyjegoś życia, albo chociaż jego zbliżeniem, więc jeśli czytamy o osobach niepełnosprawnych, biednych czy zagubionych gdzie mamy pokazane ich emocje i uczucia możemy przełożyć to na rzeczywistość i znacznie łatwiej będzie nam zrozumieć takie osoby. Staniemy się bardziej wyczuleni na pewne zachowania takich osób i będziemy mogli podejść do nich w odpowiedni sposób bez obaw czy nie zrobimy im krzywdy lub ich nie urazimy.

  1. Książki są tanią formą spędzania czasu (powiedzmy)

O ile ich nie kupujemy rzecz jasna. Bibliotek jest masa, wystarczy udać się do najbliższej, założyć kartę, która najczęściej jest bezpłatna i zacząć wypożyczać. Jedyne, co może pochłonąć Wam trochę pieniędzy to opłacanie kar, jeśli nie oddacie książek w wymaganym terminie (właśnie, dobrze, że sobie przypomniałam). Jeśli lubicie kupować książki (jak ja) to nie pozostaje Wam nic innego jak pogodzić się z tym faktem, że niestety nie jest to najtańsze, aczkolwiek ja bardzo lubię kupować książki w supermarketach, bo czasem naprawdę można znaleźć perełki za niewielkie pieniądze. Jeśli lubicie oszczędzać na książkach to po przeczytaniu możecie sprzedać książkę lub się wymienić na pewno istnieją takie grupy na portalach społecznościowych;). Ja robię też tak, że aby zaoszczędzić parę groszy na książkach, (należę do kolekcjonerów, a więc ani się nie wymieniam, ani nie sprzedaję tylko tworzę biblioteczkę) kupuję ich wersje kieszonkowe – są najczęściej tańsze o kilka, a nawet kilkanaście złotych.

I jak? Zachęciłam Cię, choć trochę do czytania książek? Jeśli tak to, czym prędzej biegnij do biblioteki zanim znowu przejdzie Ci ochota, a jeśli nie wiesz, co możesz przeczytać to zapraszam Cię na mój comiesięczny post CO WARTO PRZECZYTAĆ wrześniowy tekst już na Ciebie czeka;)
Jeśli nie jesteś przekonany do czytania książek, bo uważasz, że nie masz na to czasu, chociaż uwierz mi każdy jest w stanie wygospodarować trzydzieści minut nawet, co dwa dni to poczytaj jakieś czasopismo zawsze to coś;)



10 września

LEKKIE JOGURTOWE CIASTO Z MALINAMI

LEKKIE JOGURTOWE CIASTO Z MALINAMI

Dzisiaj przepis na szybkie, puszyste i przepyszne ciasto, którego zniknęło chwilę po ostygnięciu, ale jest tak dobre, że nic dziwnego. Ja tym razem zrobiłam go w wersji z białą mąką i mlekiem bez laktozy, jednak bardzo dobrze smakuje z mąką kokosową i mlekiem kokosowym, bądź migdałowym. Idealny dodatek do niedzielnej kawy ;)

Składniki:
- 400g mąki 
- 400g jogurtu naturalnego 
- 3 jajka
- 250ml mleka 
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka cukru migdałowego 
- 300g ksylitolu 
- 100g masła 
- szklanka malin

Jak to zrobić?
Tortownicę smarujemy masłem. Mąkę przesiewamy wraz z proszkiem do pieczenia do jednej miski. Masło roztapiamy i ostudzamy. Do miski z mąką dodajemy jajka i ksylitol - delikatnie mieszamy. Dodajemy jogurt naturalny i mleko - mieszamy. Na koniec dodajemy cukier migdałowy i ostudzone masło. Wszystko chwilkę miksujemy i przelewamy do okrągłej blaszki. Na koniec posypujemy malinami. Blachę wkładamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni. Pieczemy 50 minut. Po wyjęciu z piekarnika odkładamy ciasto do ostudzenia i kroimy. Smacznego!

Jak inaczej?
Wcześniej wspomniałam o zamianie mąki i mleka. 
Jeśli macie ochotę na trochę czekolady do przed włożeniem do piekarnika posypcie górę ciasta kakao.
Dobrze smakuje z cukrem pudrem.







Jeśli uważasz, że ten post jest przydatny lub po prostu Ci się spodobał skomentuj go lub udostępnij, będzie mi bardzo miło! :)