21 września

CZY WARTO ZMIENIAĆ STUDIA? | Z PERSPEKTYWY STUDENTA, KTÓRY LICENCJAT ROBIŁ CZTERY LATA

CZY WARTO ZMIENIAĆ STUDIA? | Z PERSPEKTYWY STUDENTA, KTÓRY LICENCJAT ROBIŁ CZTERY LATA


Gdzieś pomiędzy jednym postem z Budapesztu, a drugim przychodzę do Was z czymś zupełnie innym, spokojnie stolica Węgier nie ucieknie, a że wrzesień się kończy to zbliża się dobry czas, aby poruszyć dzisiejszy temat.

Październik powoli puka do naszych drzwi, czego zapowiedzią są męczące nas ulewy, a ja nie mam ochoty wyciągać nosa poza moje cztery ściany. Odkurzyłam dawno nieużywane lampiony, wyciągnęłam z pudełek zapomniane książki i powoli szykuję się do przeżycia tak znienawidzonej za pogodę i ukochanej za kolory - jesieni. Jednak październik to również dla wielu z nas początek czegoś nowego – studiowania. Ja tegoroczny zaczynam na nowych studiach zaocznych, aby uzyskać dyplom magistra. Jednak, jeśli ty drogi czytelniku dopiero zaczynasz przygodę ze studiami to tekst ten w szczególności skierowany jest do Ciebie.

Od zawsze powtarzano mi, że kiblowanie, rezygnowanie z nauki i utrata lat z powodu jej przerwania i ponownego powrotu to coś złego, że to tylko strata czasu i jeśli obrało się jakąś drogę to należy w niej pozostać i nic nie zmieniać, a skończenie czegoś później nie jest powodem do chwalenia, a wręcz powinno się to ukrywać. O ile zgodzę się z tym faktem, że w przypadku zostania w klasie za moich czasów (matko) gimnazjalnej z powodu lenistwa czy sprawiania problemów wychowawczych o tyle będę się rękami i nogami broniła, jeśli chodzi o kwestię studiów i mówię Wam to ja – człowiek, który licencjat robił cztery lata.

Sprawa wygląda dość prosto – skończyłam liceum o profilu ścisłym, więc jasne było to, że studia będą też ścisłe i wszystko byłoby okej gdyby nie fakt, że na pierwszym roku po prostu przestałam czuć tzw. zajawkę mikroskopem i rozcinaniem muszek owocówek, a złapałam zajawkę na pracę z ludźmi i pomaganie im. Zresztą od zawsze lubiłam to robić, więc dla mnie sprawa była prosta – kończę ten rok i uciekam na to, co chcę, no, ale nie do końca było tak prosto jak mogłoby się wydawać.

Pamiętacie, co mówiłam o tym, że porzucenie studiów nie jest chwalone? Tak to właśnie też wyglądało – lament rodziców, że przecież mi się podobało, że przecież chciałam to robić, że przecież sobie radzę, że przecież będę mogła dobrze zarobić, że przecież jestem po ścisłym liceum, że straciłam rok i tutaj miarka się przebrała, bo rok w porównaniu do całego nieszczęśliwego życia w laboratorium to naprawdę niewiele;) Ku ścisłości – studiowałam biotechnologię, którą polecam całym sercem, bo jest wspaniała, ale kurde… nie dla mnie. Żeby dokładnie to sprecyzować – nie miałam problemu z tym kierunkiem, nie groziły mi warunki itp. tylko po prostu coś mi nie grało. Pierwszy podstawowy błąd zauważyłam po pierwszym semestrze – zamiast na inżynierkę poszłam na licencjat to już był dla mnie strzał w kolano. Ostateczną decyzję podjęłam w czerwcu, więc praktycznie przed sesją letnią, jeśli dobrze pamiętam do jednego czy dwóch egzaminów podeszłam resztę zostawiłam, bo wiedziałam, że i tak nic to nie wniesie do mojego życia, no za wyjątkiem stresu.

Złożyłam dokumenty na zupełnie nowy kierunek, na który nawiasem mówiąc składałam papiery równolegle z biotechnologią tak wiecie na wszelki wypadek, ale skutecznie odstraszył mnie wydział – Wydział Teologiczny. Klamka zapadła i jednak zdecydowałam się na niego -Nauki o Rodzinie, mówi Wam to coś? Spoko mi też nie mówiło, wiedziałam tylko, że na pracę socjalną idzie pełno osób, więc chciałam znaleźć podobny kierunek i padło na ten. Moje obawy przed wydziałem okazały się niepotrzebne, bo przeżyłam najlepsze trzy lata studiów, obroniłam się i obecnie pracuję w zawodzie, co podobno jest jakimś cudem, bo pracę załapałam tydzień po obronie i naprawdę bardzo ją lubię. Koniec końców magistra robię zaocznie na kierunku praca socjalna, ale wiem jedno – na pewno mi się to przyda.

Dlaczego Wam to piszę? Powód jest całkiem prosty - nie bójcie się zmienić studiów. Nie oszukujmy się mając te osiemnaście lat nie możemy być do końca pewni, co chcemy robić w życiu, raczej skupiamy się na tym, aby dobrze przeżyć naszą młodość i mieć, co opowiadać w przyszłości. Jasne niektórzy z nas mają już od dawna wyznaczony cel, ale jeśli ktoś powątpiewa to naprawdę rok czy nawet i dwa w perspektywie dwudziestu pięciu lat pracy to niewiele;) Mam znajomych, którzy do dzisiaj żałują, że nie zrezygnowali ze studiów i nie poszli na nic innego, a do końca życia będą wykonywać pracę, której nienawidzą. Wiele osób idzie na studia jakiekolwiek, bo tak wypada, chociaż wcale ich nie chcą – męczą się na nich, narzekają, kończą o ile je kończą i potem nie wiedzą, co dalej, a przecież rok przerwy to nic takiego, naprawdę! Ja wiem, że czasem fajnie iść na łatwiznę i wybrać proste studia byleby je mieć, ale czy warto tracić czas i poniekąd życie? Jedyne, z czym się zgodzę to fakt, że ten rok spędzony na studiach, a nie na pracy to rok strat pieniężnych, bo za coś trzeba żyć, jakoś trzeba dojeżdżać, ale poza tym? Nie widzę przeszkód do zrobienia sobie roku przerwy czy też rezygnacji ze studiów, chyba, że czyjś rok przerwy zrobi się w kilkuletnią leniwą przerwę i życie na łasce rodziców – co to, to nie.

Z góry chciałabym zaznaczyć, że nie zachęcam nikogo do lenistwa, do bycia wiecznym studentem – bo tam źle, a tam jeszcze gorzej, więc postudiuję do czterdziestki co rok, dwa zaczynając od nowa i tak bez końca, aż całkiem zrezygnujemy ze studiów i nie będziemy mieć stażu pracy, wykształcenia, kompletnie nic. Zachęcam do porządnego i racjonalnego przemyślenia swojej przyszłości, do przeanalizowania, do rozmowy z innymi studentami, absolwentami itp. i nie obawiania się ryzyka, że będziecie mniej szanowani, że stracicie rok czy cokolwiek innego, bo nikt za Was życia nie przeżyje – czasem lepiej zwolnić, pomyśleć i dopiero wtedy znowu ruszyć, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jest to czasem tak łatwe jak się mówi i że nie każdy ma tyle szczęścia i podjęcie ryzyka okaże się porażką, ale… lepiej żałować, że się spróbowało, niż żałować, że się tego nie zrobiło. Wiecie, czego ja żałuję w tych decyzjach? Że nie zaczęłam równolegle studiować drugiego kierunku, bo myślałam, że sobie nie poradzę i to mnie zgubiło, gdybym mogła cofnąć czas na pewno bym zaryzykowała, ale cóż człowiek uczy się na błędach, prawda? Jednak lepiej uczyć się na cudzych, stąd też ten post dla Was;)


Macie jakieś doświadczenia w związku z tym tematem? Zaryzykowaliście? Żałujecie swoich decyzji? Podzielcie się!:)




19 września

BUDAPESZT NA WEEKEND

BUDAPESZT NA WEEKEND


Zakochałam się, znowu. Kocham już Pragę, kocham Karpacz, a teraz pokochałam Budapeszt. Żałuję, że byłam tam raptem weekend, ale na pierwszy raz wystarczyło, żeby przeżyć miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż jeszcze w czwartek wieczorem tak bardzo mi się nie chciało, że zaczęłam pakować się praktycznie nocą, co u mnie raczej się nie zdarza, bo w tej kwestii staram się być perfekcjonistką i pierwsze rzeczy poukładane mam na kilka dni przed wyjazdem, aby przypadkiem niczego nie zapomnieć.


Droga nie była tak męcząca jak podejrzewałam, a prawie siedem godzin minęło nadzwyczaj szybko. Po drodze miałam okazję kątem oka zerknąć na Bratysławę i powspominać tydzień w Ołomuńcu. Chwilę po piętnastej dotarliśmy na miejsce i pomimo tego, że trafiliśmy na godziny szczytu dotarcie do wynajętego mieszkania nie było problemem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to Dunaj i mosty nad nim – piękne, potężne i zabytkowe. Mieszkaliśmy obok Dworca Zachodniego, który jest przepiękną budowlą, blisko mieliśmy również do Parlamentu i Bazyliki św. Stefana, więc można powiedzieć, że udało nam się znaleźć idealną bazę wypadową. Nasze lokum rezerwowaliśmy na booking.com mieściło się ono w starej kamienicy z przepięknym dziedzińcem.


Zanim przejdę do opisywania naszej wycieczki warto pokrótce przypomnieć sobie skąd wziął się Budapeszt. Samo miasto powstało poprzez połączenie trzech miasteczek oddzielonych Dunajem – Buda i Óbuda (najstarsze miasteczko) - prawy brzeg Dunaju i Peszt – lewy brzeg Dunaju (my mieszkaliśmy w Peszcie). Oficjalnie powstał w 1873 roku. Obecnie Budapeszt nazywany jest Perłą Dunaju, a jego powierzchnia to 525,16 km2. Każda ze stron Budapesztu ma do zaoferowania wspaniałe i warte zobaczenia zabytki, Buda to dawna rezydencja władców węgierskich, Óbuda wojsko i termy rzymskie, a Peszt to dzielnice mieszkalne.


Naszym pierwszym kierunkiem była Bazylika św. Stefana, która jest największym kościołem stolicy Węgier. Poświęcona została w 1905 roku. Jeśli mamy okazję wejdźmy do jej środka, wnętrze zachwyca, panuje w nim złoty przepych. Wstęp do Bazyliki jest bezpłatny. W czasie jej zwiedzania może odbywać się akurat Msza, więc z grzeczności należy po prostu poruszać się po niej cicho. Wchodzi się jednymi drzwiami, wychodzi drugimi. Akurat na placu znajdującym się przy Bazylice odbywał się festiwal słodyczy, więc wiecie, co to znaczy prawda? Z bólem serca przechodziłam obok tych wszystkich słodkości i innych cudów, które wystawiali sprzedawcy, mój zapał do spróbowania czegokolwiek szybko tłumiły kolosalne ceny, bo wiecie, jeśli mały kawałek czekolady kosztuje 25 zł to już mniej smakuje, w szczególności, że chcieliśmy, aby wyjazd był zrobiony po kosztach, aby już wkrótce móc jechać w inne miejsce ^^



Idąc do Bazyliki podziwialiśmy piękne klatki schodowe i dziedzińce, które cieszyły oko. Po drodze zahaczyliśmy o Plac Wolności, który ma związek z bojownikami o wolność Węgier, którzy zostali właśnie w tamtym miejscu straceni po powstaniu w 1849 roku. Dookoła placu znajduje się m.in. gmach Banku Narodowego. Swoją uwagę przykuwa wysoki pomnik Armii Czerwonej, który upamiętnia żołnierzy walczących o wolność Budapesztu, a pod nim znajdują się ich szczątki.



W parku można również napić się kawy czy wyprowadzić psa, a boisko do koszykówki i bliskość promenady Dunaju pozwalają aktywnie spędzić czas.



Tak naprawdę nasza piątkowa wycieczka miała jeden główny cel – zobaczyć oświetlony Budapeszt z Parlamentem na celu. Tak też zrobiliśmy zanim nastał zmrok pałętaliśmy się po mieście, przeszliśmy Most Łańcuchowy i poszliśmy dalej oglądać, tak też trafiliśmy pod kolejkę, która trochę przypominała tramwaje poruszające się po San Francisco, którą można wjechać na punkt widokowy i bodajże przejść do Zamku Królewskiego, który nam dane było oglądać z dołu, ale i tak robił niesamowite wrażenie. Obok wyciągu/kolejki była mała budka z jedzeniem, więc zjedliśmy Langosze, czyli ciasto (prawie jak do pizzy) pieczone w głębokim oleju podawane najczęściej z sosem czosnkowym i serem żółtym. Mi w zupełności wystarczyło pół, bo jest naprawdę tłusty;). Pojedliśmy, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się i tak nastał zmrok, więc zachęceni zwiększającym się oświetleniem ruszyliśmy w stronę Mostu Małgorzaty, przechadzając się promenadą Dunaju i podziwiając pięknie oświetlony Most Łańcuchowy, a w szczególności Parlament, który faktycznie robi niesamowite wrażenie, które nie oddają zdjęcia – to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy;) Piękny, potężny, zabudowy, czego chcieć więcej?




Chwilę posiedzieliśmy na ławeczce z widokiem na parlament, porobiliśmy zdjęcia z tramwajem, które jak na złość okazały się mało wyraźne, ale ja i tak je lubię, bo po prostu mają dużą dawkę pozytywnej energii i poszliśmy dalej kierując się w stronę naszego mieszkanka przechodząc przez wyżej wspomniany most Małgorzaty. Parlament prezentował się cudownie z każdej perspektywy. Bardzo późnym wieczorem wróciliśmy, do choć na drugi dzień czekała na nas kolejna dawka zabytków i poznawania tego pięknego Europejskiego miasta, ale o tym w kolejnym poście!




13 września

DLACZEGO WARTO CZYTAĆ?

DLACZEGO WARTO CZYTAĆ?

Szybki rachunek sumienia – ile książek przeczytałeś od początku roku? Jeśli żadną to obowiązkowo przeczytaj ten post, bo nawet nie zdajesz sobie sprawy ile tracisz!

Od dziecka kocham książki, pamiętam jak w szkole podstawowej byłam jedną z tych, które co chwila wypożyczały jakąś książkę i pochłaniały ją bardzo szybko. Jasne były lepsze i gorsze wybory, ale mimo tego jak zła byłaby i nudna książka zawsze dawałam jej szansę. Zdarzało mi się książki czytać kilkukrotnie, bo albo była tak świetna, że wracanie do niej to czysta przyjemność, albo byłam zbyt mała (młoda?) żeby ją zrozumieć – tak było chociażby z książkami Kinga. Nie pamiętam czy była jakaś książka, którą wypożyczyłam, bądź kupiłam i jej nie przeczytałam, czasem bywa, że jedną zaczynam i kończę za kilka miesięcy, bo akurat w moje ręce wpadła jakaś, która wciągnęła mnie dużo bardziej.
Jedyne, co jest dla mnie nie do przeskoczenia to wszelka alternatywna forma klasycznych papierowych książek. Próbowałam już e-booków i audiobooków, ale nic z tego. Nie potrafię czytać książek na komputerze, tablecie czy telefonie komórkowym, po prostu niemiłosiernie się męczę i tracę przyjemność z książki, poza tym uwielbiam zapach kartek i tuszu, a stare poniszczone książki to już w ogóle mistrzostwo świata.

Tak naprawdę, co takiego dobrego daje nam czytanie książek?

  1. Rozwijamy wyobraźnię
To jest zarówno zaleta jak i wada z jednego prostego powodu – boję się sama chodzić wieczorami, bo widzę wszystko, poważnie. Szczególnie po książkach Kinga nawet krzak przypomina mi jakąś przerażającą postać. Mimo wszystko rozwój naszej wyobraźni jest bardzo ważny, ponieważ dzięki niej nabywamy zdolność abstrakcyjnego myślenia, łatwiej wyobrazić nam sobie daną sytuację, osobę czy też przedmiot. Książki dają nam taką możliwość w porównaniu do filmu, ponieważ w filmie sytuacje, postaci i przedmioty mamy pokazane dokładnie, a w książkach musimy sami wyobrazić sobie jak to wszystko wygląda, dlatego też rzadko zdarza mi się iść do kina przed przeczytaniem książki, bo nie lubię jak później mam w głowie narzucony schemat, chociaż totalnie mi się nie zgadza z opisem.

  1. Książki zwiększają zasób naszego słownictwa i … pomagają w nauce ortografii.
Osoby, które czytają dużo książek mają znacznie większy zasób słownictwa i lepszą znajomość ortografii niż osoby, które tego nie robią, dlaczego? Powód jest dość prosty każdy autor ma swój własny, niepowtarzalny język. Książki mają w sobie olbrzymią ilość synonimów, a specjalistyczna tematyka swoje własne zagadnienia. Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię nie rozumieć do tego stopnia, że jak mam jakieś nowe słowo i nie znam jego znaczenia to odkładam książkę i zaczynam szperać w sieci, żeby dowiedzieć się, o co właściwie w tym chodzi i tak dzięki niektórym książkom dowiedziałam się znacznie więcej o zagadnieniach psychologii czy też medycyny. Czytając książki uczymy się również ortografii, czego oglądanie filmów nam nie gwarantuje, bo wiecie w filmie „morze” i „może” brzmi tak samo ^^

  1. Czytanie książek zmniejsza stres
Chociaż powiedziałabym bardziej, że pomaga zapomnieć o problemach, bo przenosimy się do świata książki, a w nim działa już tylko nasza wyobraźnia. Książka po prostu pomaga zająć głowę, dlatego polecana jest szczególnie w okresie jesienno – zimowym, kiedy nasilają się depresyjne dni, bo co jest fajniejsze niż przeniesienie się z deszczowego miasteczka do świata magii, a wszystko za pomocą wyobraźni!

  1. Czytanie zwiększa nasz zasób słownictwa

Wiecie, o co mi chodzi – znacznie lepiej słucha się kogoś, kto umie skleić zdanie w logiczną całość, niż co chwila powtarza to samo i to bez logicznego sensu. Zwiększona liczba synonimów czy nowych słów pozytywnie wpływa na naszą wypowiedź, bo i my czujemy się swobodniej i odbiorcy będzie się nas przyjemniej słuchało. Same plusy, prawda?

  1. Swobodniej wypowiadamy się na wiele tematów

Różnorodna tematyka książek, po które sięgamy skutecznie powiększa naszą wiedzę. Dlatego też możemy rozmawiać na znacznie więcej tematów. Powiedziałabym nawet, że nie tylko czytanie książek to robi, ale również czytanie czasopism, więc jeśli książka to dla Ciebie za dużo zerknij, chociaż do jakiejś gazety i przeczytaj artykuł, będziesz mieć kolejny temat do rozmowy;) Ja z czasopism polecam serię National Geographic – mój TOP1.

  1. Czytanie poprawia pamięć

Czytając, ucząc się i wyobrażając sobie obrazy opisane w książkach w naszym mózgu tworzą się nowe połączenia synaptyczne, wzmacniają się już istniejące, a spowalnia się proces ich obumierania. Potrzebujesz jeszcze jakiegoś argumentu?;)
Dzięki temu nasza zdolność zapamiętywania zwiększa się – dużo łatwiej jest nam zapamiętać numery telefonu, daty, urodziny bliskich osób czy też materiał w szkole.

  1. Fikcja literacka pomaga ćwiczyć charakter

Poważnie. Ile razy mieliście tak, że utożsamialiście się z bohaterem do tego stopnia, że jego pewne cechy przenosiliście do rzeczywistości? Mi zdarzyło się kilka razy. Książki uczą nas podziału na dobro i zło. Pokazują, że bycie dobrym niesie za sobą same pozytywne aspekty, a złe postacie zawsze przegrywają, a my lubimy wygrywać, prawda? Książki pokazują nam, jakie konsekwencje niosą za sobą pewne zachowania i to, co się z nami stanie jeśli będziemy takimi czy innymi osobami.

  1. Książki uczą empatii

Często książki są odzwierciedleniem czyjegoś życia, albo chociaż jego zbliżeniem, więc jeśli czytamy o osobach niepełnosprawnych, biednych czy zagubionych gdzie mamy pokazane ich emocje i uczucia możemy przełożyć to na rzeczywistość i znacznie łatwiej będzie nam zrozumieć takie osoby. Staniemy się bardziej wyczuleni na pewne zachowania takich osób i będziemy mogli podejść do nich w odpowiedni sposób bez obaw czy nie zrobimy im krzywdy lub ich nie urazimy.

  1. Książki są tanią formą spędzania czasu (powiedzmy)

O ile ich nie kupujemy rzecz jasna. Bibliotek jest masa, wystarczy udać się do najbliższej, założyć kartę, która najczęściej jest bezpłatna i zacząć wypożyczać. Jedyne, co może pochłonąć Wam trochę pieniędzy to opłacanie kar, jeśli nie oddacie książek w wymaganym terminie (właśnie, dobrze, że sobie przypomniałam). Jeśli lubicie kupować książki (jak ja) to nie pozostaje Wam nic innego jak pogodzić się z tym faktem, że niestety nie jest to najtańsze, aczkolwiek ja bardzo lubię kupować książki w supermarketach, bo czasem naprawdę można znaleźć perełki za niewielkie pieniądze. Jeśli lubicie oszczędzać na książkach to po przeczytaniu możecie sprzedać książkę lub się wymienić na pewno istnieją takie grupy na portalach społecznościowych;). Ja robię też tak, że aby zaoszczędzić parę groszy na książkach, (należę do kolekcjonerów, a więc ani się nie wymieniam, ani nie sprzedaję tylko tworzę biblioteczkę) kupuję ich wersje kieszonkowe – są najczęściej tańsze o kilka, a nawet kilkanaście złotych.

I jak? Zachęciłam Cię, choć trochę do czytania książek? Jeśli tak to, czym prędzej biegnij do biblioteki zanim znowu przejdzie Ci ochota, a jeśli nie wiesz, co możesz przeczytać to zapraszam Cię na mój comiesięczny post CO WARTO PRZECZYTAĆ wrześniowy tekst już na Ciebie czeka;)
Jeśli nie jesteś przekonany do czytania książek, bo uważasz, że nie masz na to czasu, chociaż uwierz mi każdy jest w stanie wygospodarować trzydzieści minut nawet, co dwa dni to poczytaj jakieś czasopismo zawsze to coś;)



10 września

LEKKIE JOGURTOWE CIASTO Z MALINAMI

LEKKIE JOGURTOWE CIASTO Z MALINAMI

Dzisiaj przepis na szybkie, puszyste i przepyszne ciasto, którego zniknęło chwilę po ostygnięciu, ale jest tak dobre, że nic dziwnego. Ja tym razem zrobiłam go w wersji z białą mąką i mlekiem bez laktozy, jednak bardzo dobrze smakuje z mąką kokosową i mlekiem kokosowym, bądź migdałowym. Idealny dodatek do niedzielnej kawy ;)

Składniki:
- 400g mąki 
- 400g jogurtu naturalnego 
- 3 jajka
- 250ml mleka 
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka cukru migdałowego 
- 300g ksylitolu 
- 100g masła 
- szklanka malin

Jak to zrobić?
Tortownicę smarujemy masłem. Mąkę przesiewamy wraz z proszkiem do pieczenia do jednej miski. Masło roztapiamy i ostudzamy. Do miski z mąką dodajemy jajka i ksylitol - delikatnie mieszamy. Dodajemy jogurt naturalny i mleko - mieszamy. Na koniec dodajemy cukier migdałowy i ostudzone masło. Wszystko chwilkę miksujemy i przelewamy do okrągłej blaszki. Na koniec posypujemy malinami. Blachę wkładamy do piekarnika nagrzanego na 180 stopni. Pieczemy 50 minut. Po wyjęciu z piekarnika odkładamy ciasto do ostudzenia i kroimy. Smacznego!

Jak inaczej?
Wcześniej wspomniałam o zamianie mąki i mleka. 
Jeśli macie ochotę na trochę czekolady do przed włożeniem do piekarnika posypcie górę ciasta kakao.
Dobrze smakuje z cukrem pudrem.







Jeśli uważasz, że ten post jest przydatny lub po prostu Ci się spodobał skomentuj go lub udostępnij, będzie mi bardzo miło! :)

07 września

NAUCZ SIĘ ... ŻYĆ SZCZĘŚLIWIE

NAUCZ SIĘ ... ŻYĆ SZCZĘŚLIWIE

Długo zajęło mi dojście do tego momentu, w którym jestem i w którym mogę powiedzieć, że bardzo lubię, a nawet kocham swoje życie pomimo tego, że raczej nie wyróżnia się niczym specjalnym – nie jeżdżę codziennie mercedesem tylko rowerem, nie pracuję na Bali, a w OPS i nie jem codziennie na obiad krewetek czy kawioru, a ryż, kurczaka czy też makaron na zmianę z musli i owocami, nie mam wakacji pięć razy do roku, bo przy dobrych wiatrach raz do roku, nie mam wypasionej willi z basenem tylko zwykły dom na osiedlu (i to jeszcze z rodzicami) i nie mam najdroższych ubrań, setek par butów czy miliona torebek tylko zwykłą skromną klasyczną garderobę z paroma koszulami, kieckami i spodniami. Czy to znaczy, że jestem gorsza? Wcale! Dlatego też przychodzę do Was z radami o tym, co zrobić, żeby nasze życie było lepsze, żebyśmy przeżyli je szczęśliwi, a pod koniec czuli się spełnieni. Do dzieła!

  1. Nie przejmuj się opinią innych ludzi

Od zawsze przejmowałam się tym, co na mój temat mówią inni, starałam się dopasować, przypasować i nie wiem, co tam jeszcze, bo chciałam, żeby każdy mówił o mnie dobrze, ale przecież tak się nie da! Martwiłam się tym, że pewnie każdy na mnie patrzy, śmieje się ze mnie, obgaduje za plecami, bo wyglądam inaczej – ciemniejsza karnacja, kręcone włosy, ciemne oczy dodatkowo napędzały mój strach, z biegiem lat powoli przestawałam się przejmować opinią innych do tego stopnia, że w końcu odważyłam się założyć bloga pomimo świadomości wszechograniającego hejtu, że poooooo, co Ci to. Teraz jestem już na poziomie spokojnej głowy – nie boję się mówić o tym, co myślę nawet, jeśli 99% mówi inaczej, nie boję się tego, że ktoś mnie wyśmieje, a jedyną krytyką, którą uznaje jest ta konstruktywna z ust najbliższych mi osób, bo biorę pod uwagę fakt, że chcą dla mnie dobrze.
Wiecie ile planów, marzeń i ambicji zostało stłamszonych przez strach przed opinią innych? MNÓSTWO! Zresztą kilka moich też, do których już nie mam jak wrócić. Dlatego jedyne, co możesz zrobić to zacząć żyć po swojemu, bo nikt życia za Ciebie nie przeżyje, a uwierz mi ludzie, którzy Cię krytykują i obrażają boją się tego, że możesz kiedyś być lepszy niż oni ^^

  1. Zaakceptuj to jak wyglądasz

Cześć jestem Sonia, jako dziecko nienawidziłam swojego wyglądu – swojej urody, swoich włosów, swoich ust, swojego wzrostu, swoich nóg… i tak bez końca. Niestety nie mamy wpływu na to jak wyglądamy (tyle o ile). Nie mam klasycznej słowiańskiej urody, mam kręcone włosy, których nienawidziłam przez wiele lat, mam ciemniejszą karnację, mam brązowe oczy, a marzyły mi się niebieskie i nigdy nie umiałam zrozumieć tego, dlaczego moi rodzice mają, a ja NIE! Nie mam malutkiego noska – o jak marzyłam o operacji plastycznej! Nie mam małych ust, ale mam dziwne usta, bo warga dolna jest sporo większa od drugiej – o jak chciałam zrobić tą górną! Mam 172 cm wzrostu, a więc zabrakło mi 2-3 cm, żeby spełniać dziecięce marzenia o byciu modelką, cholerne kilka centymetrów. Mogłabym tak bez końca, ale…, po co? O włosy nauczyłam się dbać, usta podkreślać, postanowiłam zająć się czymś ambitniejszym i pewniejszym niż modeling, karnację polubiłam, bo biedne blade kobiety (nikogo nie obrażając rzecz jasna) muszą chodzić na solarium, a ja się pytam.. Co to jest solarium? Z nosem też mi przeszło, bo wcale nie okazał się być przeogromny jak kiedyś myślałam. Czy to znaczy, że nie mam kompleksów? JASNE, ŻE MAM!
Najbardziej uciążliwe są rozstępy spowodowane szybkim, nagłym wzrostem i ten nieszczęsny cellulit (tak mam go), ale o ile z rozstępami nic nie zrobię o tyle z cellulitem walczę i walczę.
Wiesz… niektórych rzeczy nie możesz zmienić, ale zapewniam Cię, że na pewno masz jakieś zalety, które możesz podkreślać! Nikt z nas nie jest doskonały i jedyne, co Ci pozostaje to zaakceptować to jak wyglądasz, no chyba, że lubisz wydawać pieniądze na operacje plastyczne, ale czy to na pewno jest dobre rozwiązanie? Podejdź do lustra i przekonaj się, że tak naprawdę wszystko z Tobą OK.

  1. Przestań przyjmować maski

Jest to trochę powiązane z pierwszym punktem odnośnie przejmowania się opinią innych, ale nie tylko. Po co przyjmujemy maski? Żeby coś ukryć, żeby udawać, żeby nas po prostu lubili. Przez kilka poprzednich lat przyjmowałam maskę, że wszystko jest w najlepszym porządku, bo bałam się pokazać światu i sobie, że coś jest nie tak, bo bałam przyznać się do porażki i tego, że inni mieli rację i wiecie, co? Niczego bardziej nie żałuję, że obudziłam się… jak już było za późno, zamiast zareagować wcześniej i po prostu ściągnąć maskę.
Po co jeszcze ubieramy maski? Po to, żeby się dopasować. Chcemy być przyjaciółmi popularnych, chcemy mieć ogrom znajomych, chcemy być poważani…, ale kiedy okazuje się, że nasza prawdziwa osobowość to za mało udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Kiepsko, co? Uwierz mi, że Twoje życie będzie lepsze, kiedy przestaniesz udawać, bo nie można udawać całe życie, bo co to za życie? Twoje? Chyba jednak nie do końca;)

  1. Przestań się oszukiwać

Haaalo! Kto kiedyś powtarzał sobie będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, chociaż z góry skazany był na porażkę? Ręka do góry! Przepraszam mogę podnieść obie? Ostatnie lata to u mnie książkowy przykład zakłamania, zaprzeczania i udawania głuchego i ślepego na złe sygnały, bo przecież jutro będzie dobrze, ale.. które jutro? No właśnie. Obudź się póki możesz, póki nie zmarnowałeś dużej części życia, bo później będzie już za późno. Ja wiem, że oszukiwać się jest wygodnie, bo kto nie lubi żyć marzeniami i przeświadczeniem, że będzie dobrze, nie chce Cię martwić, ale życie to nie bajka i źli ludzie nie stają się z dnia na dzień dobrzy o ile w ogóle się tacy stają. Wierz mi robisz sobie krzywdę, a wbrew pozorom życie potrafi być wspaniałe bez okłamywania się.

  1. Przestań wierzyć idealnemu życiu z Instagrama

Nie wiem jak wy, ale ja powoli mam dość zakłamania, które pokazują nam popularne (lub nie) Instagramowe profile, wiecie, o czym mówię – sielskie życie, luksusowe życie, nienaganna sylwetka, idealna rodzina, cudowny związek, idealne kadry, dalekie podróże i tak bez końca. Ileż można? Nie można żyć wiecznie w przekonaniu, że można mieć idealne życie, bo nie można. Można udawać tylko, po co? Nic dziwnego, że kobiety o rozmiarze M/L nie chcą wychodzić na plażę i chodzić w sukienkach jak moda na bycie super skinny fit obiegła nasz świat. Posty o niesamowitej metamorfozie w tydzień, a ona biedna nie potrafi schudnąć w rok, więc jest beznadziejna. Perfekcyjne życie rodziny – żadnych zmartwień, żadnych problemów, a tak naprawdę problem na problemie, kłótnie, wyprowadzki, trzaskanie drzwiami, a na Instagramie same wspaniałe zdjęcia i posty, a ja się pytam w imię, czego? Lajków? Obserwatorów? Słabo.
Dlatego nie warto – to idealne życie z insta bierzmy tak trochę z przymrużeniem oka, wtedy będziemy dużo szczęśliwsi naprawdę… ja wiem, że dobrze to się sprzedaje, bo najłatwiej sprzedać idealne życie.

  1. Zaakceptuj to, że nie jesteś bogaty

Kolega ma super furę? Koleżanka najmodniejsze ciuchy wprost z największych domów mody? Znajomi mają wakacje trzy razy w roku? Fajnie! Ty nie? Nic nie szkodzi. Nie każdy może być bogaty i nie ma, co się okłamywać. Myślisz, że potrzebujesz dużo pieniędzy, żeby żyć godnie i dobrze? Jesteś w błędzie. Istnieje masa stron, blogów itp., które pokazują jak zrobić coś z niczego, jak zwiedzić jakieś miejsce za małe pieniądze. Pamiętaj – wyznacznikiem Twojego szczęścia nie muszą być pieniądze, a to, jakim jesteś człowiekiem. Najgorsze, co możesz zrobić to źle życzyć bogatym, bo wiesz… oni nie byli bogaci zawsze, co z tego, że mają bogatych rodziców? Gdzieś ktoś z ich rodziny musiał ciężką pracą (mam nadzieję) dojść do tego, co ma teraz. Jaki z tego wniosek? Zobacz następny punkt.

  1. Naucz się oszczędzać

Ostatnio czytałam na jednej z ekonomicznych stron artykuł o tym, dlaczego jeszcze nie jesteś milionerem. Punkt, który zapadł mi najbardziej w pamięć? Wydajesz więcej niż jesteś w stanie zarobić. Rozumiem markowe ciuchy, pięćset par butów, super fura wszystko fajnie, ale.. po co Ci tyle ubrań? Nie lepiej część sprzedać? Po co Ci tyle butów? Chodzisz dosłownie we wszystkich? Po co Ci super fura skoro nie masz na jej utrzymanie? Jedno proste słowo: szpan. I tutaj cofnijmy się do punktu, w którym mowa o nie przejmowaniu się tym, co mówią inni i do punktu o maskach i nawet do poprzedniego o bogactwie. To, co nas gubi to życie ponad stan. Jako dziecko chciałam mieć wszystko to, co mieli inni, a rodzice nie chcieli mi tego kupować, a ja nie rozumiałam, dlaczego?. teraz już wiem chcieli nauczyć mnie oszczędzać i tego, że nie muszę mieć wszystkiego, żeby być szczęśliwym. Co Ci dają oszczędności? Spokojniejsze życie. Nie musisz codziennie pić kawy w kawiarni, jeść śniadania, obiadu, kolacji na mieście, kupować, co miesiąc pięciu par butów, z których będziesz chodzić w jednej, nowych ubrań sportowych, nowego telefonu jak działa stary, bo nowy ma guzik więcej. Przeanalizuj swój budżet i uwierz mi – będzie żyło Ci się lepiej, a co z oszczędzonymi pieniędzmi? Jedź na wakacje, kup sobie coś wymarzonego, idź do kina, albo po prostu odłóż na zabezpieczenie przyszłości, żeby mieć spokój ducha na starość, bo z emeryturami to wiecie… różnie bywa.

  1. Zakochaj się…

… w kimś wartym Twojej miłości. Nic tak nie uskrzydla jak prawdziwa miłość, nawet ta szczenięca, ach, jaka ona piękna, ale…

  1. … jak nie wyjdzie nie zrażaj się do bycia z kimś

Cześć tu znowu ja - Sonia. Złamano mi serce, bardzo mocno, myślałam, że to mnie nigdy nie spotka, a jak spotka to będę silna i się nie dam, ale jednemu człowiekowi udało się mnie złamać i załamałam się, myślałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa, że już do końca będę skazana na samotność, ale okazało się, że jednak jest mi pisane, choć trochę szczęścia. Pamiętaj jeden człowiek nie może przekreślić Twoich marzeń o szczęśliwym związku i rodzinie, życie z drugą odpowiednią połówką to prawdziwy dar, który naprawdę nas uszczęśliwia. Nie zamykajmy się na takie szczęście po jednej porażce.

  1. Zacznij spełniać marzenia i rób to, co kochasz

Krótko i zwięźle – Twoje życie, przeżyj je po swojemu! Marzy Ci się wycieczka na drugi koniec świata? Oszczędzaj i jedź! Kombinuj (legalnie rzecz jasna) tak, żeby Ci się udało! Szukaj opcji, rozwiązań, staraj się! Wiecie.. lepiej żałować, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało. Dlatego w kwietniu jadę na wymarzone wakacje, a każdy weekend staram się spędzać się poza domem, bo tak właśnie chciałam. Nieważne jest to, że nie jesteś w czymś mistrzem świata? Marzysz, żeby iść na siłownię, ale boisz się, że będziesz najgorszym zawodnikiem? Nieważne, jeśli to pokochasz rób to śmiało i się nie przejmuj! Lubisz śpiewać, a nie umiesz? Nie musisz od razu nagrywać płyty, idź na karaoke z przyjaciółmi – jeśli są prawdziwi pośpiewają z Tobą, a nie Cię wyśmieją!

  1. Ucz się na porażkach i…

… nie rezygnuj, jeśli Ci się przytrafią. Niezdane prawo jazdy za pierwszym razem? Trudno spróbuj kolejny raz i kolejny! Nie wyszło na treningu? Nic takiego! Brak pracy? Próbuj dalej! Porażki mogą uczyć, naprawdę! Tylko trzeba je dobrze analizować, bo najczęściej biorą się nie bez przyczyny, dlatego nie warto bać się ryzyka, chcesz zmienić pracę, a boisz się porażki? Nie bój się! Chcesz zmienić kierunek na studiach, ale boisz się straconego roku? Nie bój się, ja wciąż uważam, że była to jedna z najmądrzejszych decyzji, jakie dotychczas podjęłam w swoim życiu.

  1. Otaczaj się właściwymi ludźmi

Mniej więcej o tym mowa była we wcześniejszych punktach, ale warto dodatkowo to podkreślić. Nie miej wokół siebie ludzi, którzy sprawiają, że jesteś nieszczęśliwą osobą – takich ludzi należy unikać jak ognia. Właściwi ludzie będą podnosić Cię na duchu, będą Cię wspierać, ale też będą potrafić dla Twojego dobra konstruktywnie Cię skrytykować. Nie jest ważne to, żeby mieć setki pseudoprzyjaciół, na których nie możesz liczyć tylko jednego, dwóch najbliższych. Ja już dawno się tego nauczyłam, bo życie pomogło mi to zweryfikować ty też spróbuj zrobić z tym porządek, bo szkoda tracić czas na osoby, które źle na Ciebie wpływają. Poza tym najlepsze wspomnienia to te, które dzielisz z kimś, a dzielenie wspomnień z przyjaciółmi to dopiero szczęście!

  1. Uśmiechaj się!

Nie wiem, dlaczego ale zauważam, że ludzie boją się uśmiechać. Ja się pytam, czemu? Przecież nic tak nie ładuje pozytywnymi emocjami jak uśmiech! Ja wiem, że czasem jest ciężko, że pogoda za oknem nie ta, że kiepski dzień w pracy, że słaby trening, że inni mają lepiej, że inni są na wakacjach i tak można bez końca, ale co z tego to znaczy, że mamy iść przez życie z ponurą miną? Że nie możemy się uśmiechać? Nie ma takiej opcji. Uśmiechnij się, bo uśmiech sprawi, że właśnie to Twoje życie może być lepsze!





Trzynaście moich rad. Trzynaście złotych prawd, którymi kieruję się od jakiegoś czasu. Trzynaście rad, dzięki, którym codziennie rano budzę się wyspana z chęcią do życia i nie boję się kolejnego dnia. Mogę powiedzieć to głośno – czuję się szczęśliwym człowiekiem i jedyne, co mogę zrobić to życzyć Wam, abyście też zaczęli być szczęśliwi, a wiecie, czemu? Bo nie ma niczego lepszego jak dobrze i pozytywnie przeżyć swoje życie.

Na koniec – dobry dzień nie zależy od pogody, ale od naszego nastawienia, więc wszystko w naszych rękach, a jesień i zima pukają powoli w okna.


05 września

WARTO PRZECZYTAĆ - WRZESIEŃ

WARTO PRZECZYTAĆ - WRZESIEŃ

Dzisiaj mam dla Was ulubieńców miesiąca. Książki mogę pochłaniać garściami. Każdego wieczora bez względu na godzinę muszę poświęcić chociaż 30 minut na przeczytanie kilkunastu stron. Kiedyś zdarzało mi się zarywać noce, ale wraz ze stałą pracą nie ma o tym mowy.. choć nie ukrywam, że czasem kusi. Generalnie kocham kryminały i horrory, ale ostatnio w moje ręce wpada znacznie więcej książek z dziedziny neurologii i to właśnie z takimi trzema propozycjami do Was przychodzę.


Lisa Genova „Motyl”

To historia Alice Howland, która stopniowo zaczyna tracić pamięć. Początkowo i ona i lekarze uznają to za wyniki stresu i przemęczenia jednak prawda wydaje się być znacznie gorsza. Zostaje u niej stwierdzony Alzheimer o wczesnym początku, który zaczyna mieszać jej w głowie i w życiu. Z szanowanej profesor Harvardu zaczyna walkę ze wspomnieniami i z samą sobą. Skąd ten tytuł? Zaczyna ona tworzyć dodatkowy dysk na swoim komputerze na wypadek całkowitej utraty pamięci gdzie zakłada folder „Motyl”. Książka pokazuje heroiczną walkę o zachowanie godności w obliczu choroby, której nie da się zatrzymać.

Polecam ją z całego serca. Nie pamiętam, żeby jakaś książka tak mnie urzekła czytałam ją z zapartym tchem i zastanawiałam się, co by było gdyby i mi przytrafiła się taka kolej rzeczy. Jeśli potrzebujesz książki, która wyciśnie z Ciebie trochę łez, która nauczy Cię szacunku do własnego życia, które tak łatwo można stracić i która pokaże Ci, czym jest walka z czymś, co i tak z Tobą wygra to książka właśnie dla Ciebie. Jednak, jeśli nie lubisz książek zawsze możesz obejrzeć film, który został stworzony na podstawie owej książki „Sill Alice” z Julianne Moore w roli głównej. Ujmująca i wciągająca książka na zbliżające się jesienne wieczory w towarzystwie herbaty i koca na pewno zajmie wam ponure wieczory.  

Lisa Gardner „Dziecięce koszmary”

Upalny sierpniowy dzień – z pozoru szczęśliwa Bostońska rodzina ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a jedyna podejrzana osoba – ojciec, głowa rodziny trafia do szpitala w stanie śpiączki, a wszystko wskazuje na to, że usiłował popełnić samobójstwo, czy aby na pewno? W tym samym czasie Danielle Burton, która jest oddaną pielęgniarką na dziecięcym oddziale psychiatrycznym pomaga dzieciom z silnymi zaburzeniami neurologicznymi i stara się zapomnieć o tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce dwadzieścia pięć lat temu w jej domu rodzinnym, czy uda jej się przeżyć w spokoju kolejną rocznicę? Kolejna bohaterka to Victoria Oliver, która poświęciła wszystko dla swojego chorego syna… czy była to dobra decyzja?

Książkę zaczęłam czytać w Karpaczu i skończyłam ją kilka dni później. Pochłonęła mnie bezgranicznie i mimo nocnych koszmarów niesamowicie mnie urzekła. Pokazuje jak silne są więzy krwi, jak silnie oddziałują na nas doświadczenia z przeszłości i jak silna może być miłość… nawet ta z góry przegrana. Może i jest odrobinę przerażająca, ale na pewno zaskakująca, naprawdę warto dodać ją sobie do listy, a ja już szukam kolejnej książki Lisy Gardner, bo coś czuję, że będzie równie ciekawa.

Lisa Genova „Kochając syna

Dwie historie. Dwie kobiety i jedna wspólna cecha – samotność. Jeden chłopiec doprowadza do spotkania, które przeradza się w przyjaźń.
Beth – kobieta, która ma idealne życie, idealnego męża, idealne dzieci, do momentu, kiedy dowiaduje się, że jej mąż kocha inną wtedy jej życie diametralnie się zmienia. Druga kobieta, Olivia rozstała się właśnie z mężem i przyjeżdża na wyspę Nantucket, aby odżyć na nowo i znaleźć sens swojego życia, które zostało zniszczone w momencie utracenia swojego jedynego syna, czy jej się to uda? Ich losy spotykają się, gdy Beth zaczyna pisać książę o autyzmie, a żadna z nich nie spodziewa się jak właśnie ta książka odmieni ich życie.

Książka niesamowicie piękna, a zarazem trudna. Jednak po jej przeczytaniu inaczej zaczniemy patrzeć na swoje życie i na tematykę autyzmu. Przeplatanie spostrzeżeń matki i zagłębianie się w myśli chłopca to strzał w dziesiątkę, ponieważ możemy poznać tę chorobę z dwóch perspektyw. Nie mogę zrobić nic innego jak zachęcić Was do sięgnięcia po tą wspaniałą propozycję, mi jeszcze zostało kilkanaście stron, ale aż żal kończyć.

Budapeszt – Przewodnik 

Przewodnik to dodatkowa pozycja, ale bardziej, jako zapowiedź naszej nadchodzącej wycieczki. Budapeszt już od dawna wisi na mojej liście „do robienia przed trzydziestką” zresztą jak masa innych miast, a skoro nadarzyła się okazja to szkoda było z niej nie skorzystać. Wypad jeszcze we wrześniu, więc już powoli planuję i odliczam dni. Z przewodnikiem Pascala miałam już do czynienia podczas wyjazdu do Czarnogóry i szczerze powiedziawszy był… kiepski. Mam nadzieję, że ten będzie, choć trochę lepiej i dokładniej rozpisany, a ja drugi raz się nie zawiodę.


W przyszłym miesiącu zobaczycie kolejną listę książek wartych uwagi, bo uważam, że każdy z nas powinien sięgnąć miesięcznie choć po jedną książkę ;)


Jeśli uważasz, że ten post jest przydatny lub po prostu Ci się spodobał skomentuj go lub udostępnij, będzie mi bardzo miło! :)

01 września

PIES CZŁONKIEM RODZINY. POZYTYWNE I NEGATYWNE STRONY

PIES CZŁONKIEM RODZINY. POZYTYWNE I NEGATYWNE STRONY

Dzisiaj coś luźniejszego, ale równie istotnego, bo wiele osób nie zdaje sobie jakie obowiązki i odpowiedzialność wiąże się z posiadaniem psa i kupują/biorą go w ciemno, a potem oddają, bo ich to przerosło. Post napisany jest na podstawie moich własnych doświadczeń jak i obserwacji i rozmów z innymi osobami, które psy posiadają, bądź zastanawiają się nad tym. 

Od dwóch lat moim czworonożnym kompanem jest nie kto inny jak Roni – wesoły, czarny labrador, który sprawia, że każdy dzień zaczyna się pozytywnie, ale nie zawsze tak było i o tym też między innymi dzisiejszy post, bo posiadanie psa to nie tylko same pozytywne aspekty (zalety, jak kto woli), ale jest też ta negatywna strona, o której wiele osób zapomina i później mamy przepełnione schroniska czy też psy biegające po ulicach. Jednak zacznę od tej przyjemniejszej strony, bo odnoszę wrażenie, że zalet jest znacznie więcej.

  1. Będzie z Tobą na dobre i na złe

"Wierność psa jest bezcennym darem nie mniej zobowiązującym niż ludzka przyjaźń" /Konrad Lorenz/ i z tym zgadzam się bez dwóch zdań. Nie znam wierniejszego stworzenia niż pies, a mój labrador to już w ogóle kosmos – on nawet nie potrafi się obrażać, coś tam pomarudzi, coś się poskarży, ale za chwilę wraca do Ciebie z merdającym ogonem.

  1. Unikamy samotności

Od kiedy mamy psa nawet bycie samym w domu nie jest ani straszne ani nudne, bo pies zapewni nam towarzystwo (jeśli oczywiście mieszka z nami w domu).

  1. Pies nakłoni nas do zwiększenia aktywności fizycznej

Spacery z psem to nieodłączna część życia z psem (no chyba, że ktoś uważa, że podwórko wystarczy) i uwierzcie mi nic tak nie zmotywuje nas do wyjścia z domu jak szczekający w niebogłosy i skarżący się pies, a uwierzcie mi znam to z autopsji. Poza tym wiele psów uwielbia biegać, więc są świetnymi kompanami do każdej aktywności fizycznej, wiele razy mijałam rowerzystów czy biegaczy ze swoimi psami.

  1. Częściej się uśmiechasz

To, co robi Roni przechodzi ludzkie pojęcie, zresztą sami zobaczcie zdjęcia małego nietoperza :) 



  1. Poznajesz nowych ludzi

Spacer z psem to zawsze okazja do poznania nowych psiarzy, w szczególności, jeśli okazuje się, że Wasze psy naprawdę się polubiły i nie masz wyjścia no musisz porozmawiać z właścicielami.

  1. Uczymy się odpowiedzialności

Pies to też obowiązki. Mając psa już od najmłodszych lat możemy uczyć się odpowiedzialności za kogoś innego.



  1. Będziemy czuć się bezpieczniej

Powiedzmy, że tak to działa. Przy Ronim nie do końca czuję się bezpieczniej, bo raczej ma łagodną naturę, poza tym na widok każdego psa kładzie się na ziemi i merda ogonem, co nie do końca jest mądre. Jednak są rasy psów, przy których naprawdę można czuć się bezpiecznie, bo już ich wygląd skutecznie odstrasza potencjalne zagrożenie. Mimo wszystko samo szczekanie dużego i masywnego psa (tak labradora też) wiele osób skutecznie odstrasza.

  1. Nikt nie cieszy się tak na Twój widok jak Twój pies

I teraz zastanawiam się czy mój pies cieszy się z tego powodu, że mnie widzi czy po prostu wie, że zaraz będzie drapany po brzuchu, pójdzie na spacer i jeszcze dostanie jeść czy faktycznie wystarczę mu sama ja. W każdym razie – nic tak nie poprawia humoru jak merdający przy furtce pies.



  1. Pies jest świetnym kompanem

Do wszystkiego tak naprawdę. Gotujesz? Jest przy Tobie. Myjesz brodzik? Jest przy Tobie. Siedzisz w ogródku? On posiedzi z Tobą. Mimo tego, że bywa to czasem uciążliwe, kiedy chociażby chcesz iść do toalety i słyszysz ujadanie, bo masz zamknięte drzwi to i tak z takim kompanem to i na koniec świata

  1. Przy psie łagodniejemy

Potwierdzone (chociaż mama pewnie powie, że ściemniam). Ile razy jest tak, że masz ochotę wykrzyczeć całemu światu jak Ci źle, albo wracasz do domu naładowany złymi emocjami i przeszkadza Ci to, że domownik na Ciebie zerknął? No właśnie. W tym momencie jak tylko podniesiesz głos wpada on – czarna ninja i szczeka i szczeka i szczeka, aż ty przestaniesz szczekać. Czasem nawet jak dla żartów (chyba) przepychamy się z bratem do wkracza czarna ninja i gryzie po rękach byleby się tylko uspokoić.

11. Dogoterapia

Odpowiednio przeszkolony pies jest kompanem - przewodnikiem dla osób niepełnosprawnych (niewidomych, na wózkach itp.) oraz dla dzieci, które są wycofane albo ich rozwój nie przebiega poprawnie. Tak specjalnie przeszkolony pies ze swoim właścicielem (podopiecznym) stają się nierozłączni.





Teraz pora na ciemniejszą stronę posiadania psa, bo tak naprawdę pies to nie tylko przyjemności, ale też olbrzymia ilość obowiązków i czasem nawet wyrzeczeń.

  1. Jesteś pedantem? Pies Cię wykończy

Pies naniesie Wam pełno bałaganu i tutaj nie ma, z czym się kłócić no chyba, że faktycznie macie na tyle malutkiego psa, że możecie wziąć go na ręce i kąpać go po każdym spacerze, chociaż tego tez nie powinno się robić. Od kiedy mamy psa odkurzamy czasem nawet i dwa razy dziennie, a i tak nie jest idealnie, bo spróbujcie pobiegać po dworze bez butów i wejdźcie tak do domu. Pomimo tego, że łapy są mu wycierane i jak faktycznie postanowi wytarzać się w błocie to go kąpiemy to i tak jest jak jest…
Kolejna sprawa to wypadająca sierść (choć są i psy mający włosie). Roni traci ogromną ilość sierści i spowodowane jest to po prostu zmianą pór roku i naturalnym jej wypadaniem, a nie chorobą, więc nie da się tego uniknąć. Widzieliście gdzieś to zdjęcie? „Dom jest tam gdzie psia sierść przykleja się do wszystkiego poza psem?” Tak to właśnie wygląda – sierść jest wszędzie dosłownie wszędzie.

  1. Pies to spore wydatki

Kupno psa to już niekiedy spory wydatek. Później trzeba kupić wyprawkę, później karmę i to najlepiej porządną. Psa trzeba szczepić, odrobaczać, badać, a tutaj jakaś zabawka, a tutaj nowa smycz i tak bez końca, a to tylko podstawa. Im większy pies tym większe wydatki. A niech jeszcze dojadą choroby. Nasz pies choruje na dysplazję – jest, więc po operacji i po prześwietleniach, także to był wydatek ponad tysiąca złotych, ale psa nie uśpisz i będziesz o niego walczyć, bo przecież jest członkiem Twojej rodziny, prawda? Później psa trzeba było wykastrować, więc to już kolejne kilka stówek, karma z racji choroby też nie może być byle, jaka i tak cały czas. Dlatego warto przeanalizować czy nas stać na psa, bo później zostaje już tylko schronisko… niestety.

  1. Pies Cię ogranicza

Wspólne wakacje? Szalony weekend na spontanie? Impreza? Zapomnij, no chyba, że masz, z kim zostawić psa, albo po prostu weź go ze sobą, ale pies na wakacjach to kolejny wydatek, a poza tym nie wszędzie z psem wejdziesz. Ileż to ja razy spotkałam się z odmową, ale jak najbardziej rozumiem, że nie każde miejsce sobie życzy psa na swoim terenie.

  1. Pies lubi uciekać

Psy bez względu na rasę są ciekawe świata, a jedyne, co je ogranicza to płot czy też drzwi. Do dzisiaj wspominam jak nasz Roni robił sobie wycieczki (a mieszkamy obok głównej drogi) do psa sąsiada przez płot i to w całkiem cwany sposób – rozplątywał płot (poważnie), a później nie umiał wrócić do domu, bo nie wiedział jak i chodził bez celu to w jedną to w drugą i tutaj warto przytoczyć słowa mojego taty, który powiedział, że pół biedy jak go ktoś zabierze czy zapłacimy mandat gorzej jak przejedzie go samochodów, bo nie oszukujmy się bardzo by bolało. Na szczęście Roni znany jest na naszym osiedlu i zawsze trafiał do domu, a że byliśmy blisko to ktoś jeździł sprawdzać, co i jak, więc jeśli pracujesz i bywasz z dala od domu musisz brać pod uwagę fakt, że przy niesamowicie kombinują. My żeby zakończyć te wycieczki musieliśmy zamontować nowy porządny płot, ale Roni i tak coś kombinuje jednak na szczęście bez sukcesów.



  1. Psy niszczą

Warto o tym głośno mówić i to być może nie te starsze, ale szczeniaki zanim się je wychowa swoje nabroją. Roni zjadł najpiękniejsze kwiaty w naszym domu, obsikał każdy krzak, na trawie są żółte plamy, dywany musieliśmy wyrzucić, bo za szczenięcych czasów lubił się na nich załatwiać, wycieraczek kupiliśmy już chyba z dziesięć, ściany podrapane i pomalowane, legowisko przeżyło pół roku, kolejne pościele do wymiany, okno balkonowe podrapane i tak mogłabym bez końca. Jego ostatni sukces? Pogryziony magnes blokujący bramę wyjazdową, bo mu się nudziło i nikt nie chciał go wpuścić do domu, a największy sukces? Obgryzienie gumki z wlewu do paliwa (do dziś zadajemy sobie pytanie „JAK?”). Na szczęście nie zjadł jeszcze butów… a nie stop. Zjadł kilka par japonków i teraz tata chodzi w dwóch różnych, bo Roni wybrał z każdego po jednym. Więc moja skromna uwaga – chowajcie wszystko, co dla Was ważne. Z drugiej strony niszczenie psa też może być zaletą, bo przynajmniej mamy motywację do sprzątania ^^

  1. Pies nie choruje razem z Tobą

Ból głowy? Zmęczenie organizmu? Przeziębienie? Nic z tego, pies i tak chce wyjść na spacer. Pamiętam jak na studiach wykładowca zapytał mnie czemu nie chodzę na zajęcia, a z psem tak to powiedziałam mu, że pies bez względu na mój stan siku zrobić musi ;)
A spróbuj go olać, wejdzie za Tobą do góry i narobi Ci zadymy bez różnicy czy śpisz czy po prostu odpoczywasz.



  1. Psy żyją krócej niż my

Smutna prawda na sam koniec, średnia długość psa to jakieś dziesięć lat. Boli, ale niestety takie są realia i nic z tym nie zrobimy.


Dodałabym jeszcze jedną kwestię odnośnie posiadania psa, ale nie do końca wiem czy to plus czy minus, więc napisze to tutaj. Jak już masz jednego psa to chcesz mieć drugiego, żeby ten pierwszy się nie nudził, chociaż mam wrażenie, że to nie do końca prawda;) Już od jakiegoś czasu kombinuję jak przemycić drugiego psa. Wiecie na początku było gadanie „jak będziesz miała pracę to sobie weź”, więc mam pracę i teraz jest „jak będziesz mieszkać sama to sobie możesz mieć i z dziesięć”, ah Ci rodzice ;)


Generalnie kupno psa, wybór rasy i wieku psa to sprawa indywidualna ja od zawsze chciałam mieć labradora, którego będę wychowywać od szczeniaka, dlatego też nie wzięłam psa ze schroniska jednak, jeśli miałabym brać do domu kolejnego psiaka to już na pewno byłby on właśnie ze schroniska. Jednak niech każdy wybór psa będzie przemyślany, bo aż serce pęka jak widzi się zapchane schroniska, bo ktoś nie trafił z prezentem, a to już dla mnie totalna abstrakcja – kupowanie psa (czy jakiekolwiek innego zwierzaka) na prezent bez wcześniejszej konsultacji z rodziną itp., a jak nie nietrafiony prezent to problem na wakacje – ludzie! Teraz jest możliwość oddania psa do a’la hotelu gdzie za odpowiednią opłatą zajmą się Waszym psem i po urlopie będzie mógł do Was wrócić, nie musicie go wyrzucać do lasu. Poza tym jakbyście dobrze poszukali i popytali to może ktoś zająłby się Waszą pociechą na kilka dni – jasne im większy pies tym większy problem, ale wszystko da się rozwiązać, trzeba tylko trochę pomyśleć. Ja mimo choroby Roniego nie wyobrażam sobie oddania go, a wiem, że są takie osoby, które w momencie poważnej choroby oddają psa i skazują na dożywotnie życie w schronisku, bo mało, kto zdecyduje się na adopcję takiego psa.

Pies wymaga od nas czasu, uwagi i szacunku. Każdy pies będzie dobry i poukładany, jeśli tak się go wychowa, bo uwierzcie mi nawet z pozoru przyjazny labrador może stać się agresywnym psem, jeśli ktoś tak będzie go wychowywać.


A jak u Was jest z psami? Macie, chcecie mieć, mieliście? Ja na Roniego czekałam całe długie dziewięć lat, więc cierpliwości J  




Jeśli uważasz, że ten post jest przydatny lub po prostu Ci się spodobał skomentuj go lub udostępnij, będzie mi bardzo miło! :)

30 sierpnia

SZAKSZUKA

SZAKSZUKA

Mówi Wam coś Szakszuka? Nie? Żaden problem powiem prościej, mówi Wam coś pomidor z bazylią i jajkami sadzonymi? Tak? Ekstra, a więc te jajka nazywają się Szakszuka, a dokładniej Shakshouka, które pochodzi z kuchni tunezyjskiej. Jest to P R Z E P Y S Z N E i P O Ż Y W N E śniadanie, które zapewni Wam energię na najbliższe kilka godzin, a jego przygotowanie zajmuje dosłownie chwilę. 

Składniki (1 porcja):
- 2 jajka 
- 4 średnie pomidory
- pół cebuli 
- kilka liści bazylii

Jak to zrobić?
Cebulę kroimy w kostkę i wrzucamy na rozgrzany olej. Pomidory obieramy ze skórki i kroimy w kostkę. Dorzucamy je do przypieczonej cebuli i gotujemy tak długo, aż wyparuje z nich sok. Następnie kroimy liście bazylii i dodajemy do pomidorów, jeszcze chwilę gotujemy. Dodajemy jajka, całość przykrywamy pokrywką i czekamy, aż jajka się zetną. Na koniec dodajemy pieprz i gotowe! 

Jak inaczej?
Zamiast świeżych pomidorów możemy dodać te z puszki. 
Dobrze jest też dodać trochę czosnku, potrawa będzie intensywniejsza.