TATRY ZACHODNIE - WOŁOWIEC, JARZĄBCZY WIERCH, KOŃCZYSTY WIERCH, TRZYDNIOWIAŃSKI WIERCH



Dzisiaj mam dla was kolejny post z ostatniego wyjazdu w Tatry, a dokładniej do Doliny Chochołowskiej – dla mnie jednej z piękniejszych w Polskich Tatrach. Dzisiaj chciałabym wam zaprezentować sobotnią trasę, którą mieliśmy okazję zrobić i udało się – mimo problemów na jedynym ze szczytów i pięknej pogody, która bardziej zachęcała nas do leżenia i podziwiania, niż chodzenia i zdobywania. Serdecznie zapraszam na relację połączoną z krótkim przewodnikiem co, jak i jak długo. Miłego czytania i oglądania zdjęć!


WYJŚCIE: 8:00
POWRÓT: 19:00
TRASA: DŁUGA, Z WIELOMA PODEJŚCIAMI, SPACER PO GRANI, RACZEJ NIE NA PIERWSZY WYJAZD

Planowo mieliśmy wyjść ze schroniska o godzinie 5:00 tak, aby podziwiać piękno Tatr i nie wracać gdy zastanie nas zmrok. Pech chciał, że nasze problemy zaczęły się już tak wcześnie rano, ponieważ przyszła gwałtowna burza, która odrobinie pokrzyżowała nam plany. Dlatego postanowiliśmy wyjść o 8:00, gdy niebo było już błękitne i nie widać było ani jednej chmurki na niebie. Gdy nastała godzina zero po śniadaniu ubraliśmy nasze plecaki i z uśmiechem na twarzy wyszliśmy w trasę ku Wołowcowi pierwszemu szczytowi, który dane nam było zdobyć tego pięknego dnia. Wołowiec ma 2064 m n.p.m i ze schroniska idzie się na niego niecałe 3 godziny spokojnym tempem. My z plecakami szliśmy normalnym tempem z bodajże dwoma krótkimi postojami na wykonanie połączeń, że żyjemy i zjedzenie batonika i dotarliśmy na szczyt w 2,5 godziny.  Wołowiec był na naszej trasie zaplanowany jako miejsce piknikowe połączone krótką drzemką, dlatego też spędziliśmy na jego szczycie całą cudowną godzinę otoczeni wspaniałymi widokami.




Kolejnym miejscem, które mieliśmy zdobyć był Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m), na którego z Wołowca idzie się koło 2,5 godziny. Idąc na niego przechodzi się obok przecudnej dolinki po Słowackiej stronie, jest co podziwiać. Idąc z prawej strony można zobaczyć Rohacz Ostry, który jest naprawdę wspaniałym szczytem.




Nasza sielanka i cudowna pogoda musiały w końcu mieć swój kres i w ten sposób będąc w połowie ostatniego podejścia pod Jarząbczy Wierch złapał nas deszcz, który później zmienił się w grad, a nad nasze głowy zaczęły nachodzić naprawdę nieprzyjemne góry i już wiedzieliśmy co nas czeka. Niestety nie mieliśmy żadnej możliwości powrotu, ponieważ wszystko było osłonięte, ponieważ z Wołowca na Jarząbczy idzie się właściwie cały czas granią.  Jednak nie spodziewaliśmy się, aż takiego rozmiaru problemu, który zaraz miał nastąpić…



Ubrani w kurtki przeciwdeszczowe i ochraniacze na plecaki ruszyliśmy dalej, aby jak najszybciej znaleźć się na dole. Dochodząc na szczyt Jarząbczego Wierchu rozpętała się prawdziwa wichura, a my byliśmy w kropce. Z każdej strony zaczęły trzaskać pioruny, padał bardzo silny deszcz, a grad uderzał w każdą część naszego ciała dodatkowo silny wiatr uniemożliwiał nam normalne schodzenie ze szczytu. Jedne co nam zostało to mieć nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, bo uwierzcie mi – mieliśmy do czynienia z realnym zagrożeniem zdrowia i życia. Wspólnie przeanalizowaliśmy sytuację i postanowiliśmy zejść w miarę bezpieczne miejsce, gdzie nie ma otwartej przestrzeni, a my nie jesteśmy najwyżej i nie stajemy się piorunochronami. Na nasze szczęście kilkanaście metrów pod Jarząbczym Wierchem w stronę Kończystego Wierchu znaleźliśmy małą szczelinę, która w pewnym stopniu zapewniła nam jakieś bezpieczeństwo – osłoniliśmy się przed wiatrem i nie byliśmy w najwyższym punkcie – oczywiście kucnęliśmy, ale wciąż nie mogliśmy mieć pewności, że wszystko dobrze się skończy. Całe to zjawisko trwało 30 minut zanim wiatr trochę się uspokoił, a burza oddaliła się od nas. Przemoknięci do suchej nitki przebraliśmy się w ciepłe i co najważniejsze suche ubrania, ponieważ naprawdę zmarzliśmy, a przed nami było jeszcze sporo drogi.



Mimo tego, że burza oddaliła się od nas wciąż było ją słychać, a byliśmy trochę przerażeni i braliśmy pod uwagę wiele opcji.  Do tego nie byliśmy jedyni – za nami jedna para, przed nami granią szła kolejna, która nie zważała na pioruny i na nasze słowa i pewien mężczyzna, który stał na samym szczycie Kończystego Wierchu i nie wiedział co zrobić, a później zaczął uciekać. Przerażający widok, naprawdę.


Gdy nareszcie się rozgrzaliśmy i uspokoiliśmy ruszyliśmy dalej w stronę Kończystego Wierchu (2002 m n.p.m), na którego z Jarząbczego mieliśmy pół godziny. Zdobyty szczyt, na którym gdyby nie sytuacja pewnie byśmy zostali na dłużej musiał zostać opuszczony, bo burza znowu się nasiliła, ale już nie padało.


Będąc już na samym dole zejścia z Kończystego Wierchu przyszło do nas bezchmurne niebo, więc postanowiliśmy się zatrzymać na ciepłą herbatę i posiłek. Humory zaczęły nam dopisywać mimo tego co wcześniej się stało, ale wszystko dobrze się potoczyło, więc już nie było miejsca na smutne miny. Ostatnim szczytem na naszej trasie był Trzydniowiański Wierch (1765 m n.p.m), na którego ze szczytu Kończystego idzie się kolejne pół godziny. Stamtąd schodziliśmy prosto do schroniska do Doliny Chochołowskiej i już wiedzieliśmy, że na pewno jesteśmy bezpieczni, ponieważ wysokie szczyty zostawiliśmy za sobą.



Z Trzydniowiańskiego Wierchu do schroniska jest 1,5 godziny drogi. Jest to delikatne zejście jednak bardzo długie co naprawdę może być męczące.  Zejście to nie obciąża bardzo mocno stawów, ponieważ jest w miarę łagodne, więc nie trzeba się, aż tak bardzo martwić czy dacie radę. Gdy dotarliśmy do schroniska było chwilę po 19, więc zjedliśmy po misce zupy (zamówienia w bufecie do 19:30) – ja wzięłam buraczkową (pyszna!), reszta żurek (mówili, że bardzo dobry) i przeanalizowaliśmy całą trasę i to co się na niej stało. Byliśmy zadowoleni ze swoich decyzji, ponieważ podjęliśmy najrozsądniejsze z możliwych.


Pamiętajcie!
Podczas burzy w górach starajcie się zejść jak najniżej, a jeśli nie jesteście w stanie to kucnijcie, ale i tak zejście możliwie najniżej szczytu. Jeśli widzicie, że coś nadciąga i macie możliwość wycofajcie się. Ważne jest też to, że w czasie burzy TOPR po was nie przyleci, ponieważ NIE MOGĄ wtedy latać. Dlatego w pewnym stopniu jesteście zdani na siebie. Jeśli złapie was ulewa jak najszybciej załóżcie wszystko co macie przeciwdeszczowe, a plecak okryjcie czymś nieprzemakalnym – może to być worek na śmieci – warto mieć go ze sobą zawsze w plecaku! Nigdy w czasie burzy nie idźcie granią – jesteście chodzącymi piorunochronami. I co najważniejsze zachowajcie spokój, bo w panice możecie zacząć podejmować bardzo niebezpieczne decyzje.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz