MODA NA BYCIE FIT - CZY WARTO ZA NIĄ PODĄŻAĆ?

Moda na bycie fit od kilku lat włada mediami społecznościowymi, a szczupłe i wysportowane sylwetki kobiet stały się wzorem do naśladowania przez wielu. Jednak jak to najczęściej bywa ma to zarówno plusy jak i minusy.

Wystylizowane, ubrane w markowe ciuchy, z idealnie umięśnionym, bezcelulitowym i szczupłym ciałem kobiety zawładnęły Instagramem i innymi mediami. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że ludzie ślepo zaczęli podążać za tym trendem i obsesyjnie dbają o swoją sylwetkę nie zwracając uwagi na swoje zdrowie, bo uważają, że skoro one mogą być szczupłe i idealne to my też. Niestety prawda bywa okrutna i posty w stylu „schudnij w miesiąc 15kg”, „wysportowana sylwetka w miesiąc”, „rób brzuszki 5 minut dziennie, a efekty zobaczysz po dwóch tygodniach” są niczym innym jak oszustwem, ponieważ na formę pracuje się latami, a im dłużej tryb życia był zły tym dłużej będzie trwała jego odbudowa. Warto spojrzeć na to również od strony zdjęć umieszczanych na profilach najpopularniejszych osób posiadających wysportowaną sylwetkę – są one świetnie wystylizowane i zrobione pod odpowiednim kątem, światłem itp., dlatego też to wszystko wygląda tak idealnie.
Widzimy na zdjęciu szczupłą kobietę z ogromnymi piersiami i potężnym tyłkiem i zastanawiamy się jak to jest możliwe i też tak chcemy nie patrząc na to od realistycznej strony, która najczęściej wiąże się z jedną prostą sprawą – operacją plastyczną, niestety. Jasne są kobiety, które mają tendencję do zachowania takiej sylwetki, ale są to jednostki. Idealnie płaskie brzuchy, wycięta talia, ponętne usta i cała gama cech idealnych, które pożądane przez wielu tak naprawdę są ciężkie do realizacji, a często nawet i niemożliwe, przez co kobiety zaczynają stosować rygorystyczne diety, faszerują się dodatkowymi suplementami, chodzą na siłownie po trzy razy dziennie i nie zwracają uwagi na to, że mogą bardziej sobie zaszkodzić niż sobie pomóc – bo nic nie przychodzi z dnia na dzień. Nie oszukujmy się gdyby tak było to wśród nas nie byłoby osób z nadwagą.

Fajną sprawą, która coraz częściej zdarza się w mediach społecznościowych jest pokazywanie przez szczupłe i wysportowane kobiety jak tak naprawdę wygląda ich ciało – bez PS, odpowiedniego światła i po posiłku, że i one mają fałdki, cellulit i boczki, bo różnie tak naprawdę bywa – kobiece sprawy również sprawiają, że brzuchy są wydęte, a ciało opuchnięte, nawet wypicie gazowanego napoju sprawi, że nasz brzuch nie będzie idealnie płaski i o tym należy głośno mówić.






Jednakże warto też podkreślić zalety fit życia, bo takie też są i nie mówimy tutaj o obsesyjnym byciu fit tylko o zbilansowanej diecie pełnej odpowiednich wartości odżywczych, minerałów i dawki sportu. Kiedy pojawiły się fast-foody społeczeństwo zaczęło tyć i to w zastraszającym tempie, a choroby tym spowodowane stały się plagą. Z upływem lat zaczęliśmy znacznie uważniej przywiązywać wagę do tego, co jemy i dlaczego jest to dla nas dobre, ponieważ uświadomiliśmy sobie, że pozwoli nam to wykorzystać życie jeszcze lepiej, bo nie ukrywajmy, komu lepiej chodzi się po górach, spaceruje czy też podróżuje? Jasne, że osobie, która ma mniej nadprogramowych kilogramów. Zaczęliśmy interesować się sportem – coraz więcej ludzi biega, jeździ na rowerze czy też chodzi na basen chociażby tylko po to, żeby się, odstresować czy też poprawić wydolność. Zaczęliśmy chętniej gotować i pić zdrowe napoje, a także zaczynamy przywiązywać wagę do badań i wizyt u lekarzy, bo skoro uprawiamy jakieś sporty i żyjemy zdrowo (zdrowiej) to warto wybrać się na rutynową kontrolę, a co najważniejsze, jeśli nie mamy obsesji to zdajemy sobie sprawę z tego, że przetworzone jedzenie jest „syfem”, ale jeśli zjemy raz na jakiś czas batonika czy burgera to nie staniemy się otyli.

We wszystkim najważniejszy jest umiar, bo tylko on sprawi, że będziemy mogli korzystać z życia najlepiej jak się da. Jasne, że jest olbrzymia ilość rzeczy, których nie należy, a nawet nie wolno ruszać, bo już jednorazowe spożycie może być dla nas szkodliwe to jednak w większości przypadków najważniejszą rolę odgrywa równowaga. Dlatego też warto żyć zdrowo, ale nie obsesyjnie, bo obsesja sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi, a tak naprawdę szczęśliwy człowiek to zdrowy człowiek nawet, jeśli ma trochę odstający brzuch, bo weźmy pod uwagę fakt, iż nie wszyscy ludzie są pasjonatami sportu czy też fanami gotowania, jednakże już teraz jedząc na mieście można zjeść coś znacznie lepszego niż codzienną porcję frytek z burgerem popitą słodkim napojem wystarczy tylko znaleźć złoty środek. 

Podsumowując – czujcie się dobrze w swoim ciele i nie dajcie sobie wmówić, że jeśli nie jesteście fit to wcale nie macie prawa głosu. Ja mimo tego, że trenuję i staram się jeść zdrowo nie zaklasyfikowałabym się do bycia fit kobietą tylko kobietą, która kocha sport, a dieta i sylwetka to tak naprawdę skutki uboczne, bo przy codziennym trenowaniu ciężko jeść niezdrowo, bo organizm odmawia posłuszeństwa. Nigdy nie podążajcie ślepo za modą, bo dzisiaj modny może być taki styl życia, a jutro zupełnie inny - wystarczy prześledzić sobie ewolucję diet u kobiet kilka lat temu modne były 700 kcal, 1000 kcal, owocowe, warzywne itp., a teraz mówi się, że żeby chudnąć i normalnie funkcjonować trzeba jeść (i to jest prawda). Dlatego najważniejsze to być sobą i kochać siebie.

(tutaj widać jaki wpływ na zdjęcie ma odpowiednie światło. Chciałabym widzieć tak brzuch codziennie, ale cóż nie da się ;) )


CIASTECZKA ORZECHOWE



Dzisiaj mam propozycję dla wielbicieli masła orzechowego czyli ciasteczka orzechowe, które są bardzo proste i szybkie w przygotowaniu. Świetnie sprawdzą się na drugie śniadanie czy w podróży jednak jeśli zależy Wam na ładnym ich podaniu warto zostawić po prostu kulkę, a nie rozpłaszczać je tak jak ja to zrobiłam. 

Składniki (25 ciastek)
- 1 jajko
- 1 szklanka mąki kukurydzianej
- 3-4 łyżeczki ksylitolu
- 6 czubatych łyżek masła orzechowego 

Jak to zrobić?
Wszystkie składniki mieszamy ze sobą. Formujemy kuleczki, które następnie rozpłaszczamy, ale nie za mocno, ponieważ ciasteczka bardzo się kruszą. Blachę z ciastkami wkładamy do piekarnika rozgrzanego na 180 stopni (termoobieg) i pieczemy przez 15-20 minut. Po upływie tego czasu blachę wyciągamy i czekamy, aż ciasteczka ostygną. Smacznego!

Teraz mam znacznie więcej czasu, więc posty na blogu będą pojawiać się częściej i to nie tylko z przepisami. Do usłyszenia!





WARZYWNE SPAGHETTI


Dzisiejsza propozycja jest w sam raz dla osób, które potrzebują szybkiego pomysłu na obiad - zapraszam Was na spaghetti z warzywami, które osobiście uwielbiam, a w szczególności sos, który mogłabym jeść codziennie i to w olbrzymich ilościach, nawet bez dodatków :)

Składniki (5 porcji)
- 400g pomidorów z puszki 
- 500g przecier pomidorowy 
- 5 dużych marchewek
- 1 duża pietruszka
- 2 cebule czerwone 
- 1 cebula biała
- 2 papryki czerwone
- natka pietruszki
- kilka liści bazylii 
- szczypiorek 
- ser żółty
- oregano, sól, pieprz, chilli (opcjonalnie)
- 500g makaron spaghetti pełnoziarnisty
- olej kokosowy 

Jak to zrobić?
Natkę pietruszki myjemy - najlepiej wrzucić ją do gorącej wody z solą, ponieważ wtedy pozbędziemy się mszyc, a następnie opłukać ją zimną wodą i osuszyć. Pomidory z puszki, przecier pomidorowy, natkę pietruszki, sól, pieprz, oregano, bazylię oraz chilli wrzucamy do jednej miski i blendujemy. Marchew, pietruszkę i paprykę czerwoną trzemy na grubych oczkach, a cebulę kroimy w kostkę. Warzywa wrzucamy do garnka, na którym mamy rozgrzany olej kokosowy i dusimy przez kilkanaście minut. Następnie dolewamy do nich wcześniej zrobiony sos pomidorowy. Wszystko gotujemy przez trzydzieści minut. W czasie kiedy gotuje nam się sos zagotowujemy wodę, do której dajemy łyżkę soli i wrzucamy makaron, który gotujemy według czasu podanego na opakowaniu - najlepiej al dente. 
Danie podajemy z serem żółtym i ze szczypiorkiem.  

Jak inaczej?
Sos można podawać na słodko - wystarczy nie dodawać chilli.
Sos bardzo dobrze smakuje również z ryżem, kaszą czy też makaronem ryżowym więc można podawać go zamiennie.
Zamiast szczypiorku można posypać danie dodatkową porcją natki pietruszki.




SZNYCLE Z INDYKA W PŁATKACH JAGLANYCH Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI I TZATZYKAMI


Dzisiaj mam dla Was propozycję obiadową czyli sznycle z indyka w płatkach jaglanych z dodatkiem pieczonych ziemniaków i tzatzyków, pycha! Indyk jest świetną alternatywą dla kurczaka. Do roboty ;)

Składniki: 
Indyk:
- sznycle z fileta z piersi indyka (400g)
- płatki jaglane
- mąka pełnoziarnista
- 1 jajko
- papryka słodka, majeranek, pieprz, sól 

Pieczone ziemniaczki:
- 1,5 kg ziemniaków 
- olej 
- sól, pieprz, oregano, chilli

Tzatzyki:
- 250g twaróg chudy
- 300g jogurt naturalny gęsty 
- 1 duży ogórek zielony 
- kilka ząbków czosnku
- kilka kropel cytryny 
- sól, pieprz

Jak to zrobić?
Przygotowujemy trzy talerze: 
1. mąka, papryka słodka, majeranek, pieprz, sól
2. roztrzepane jajko
3. płatki jaglane
Myjemy nasze filety i kolejno obtaczamy je w panierce. Układamy na blachę i wkładamy do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i pieczemy przez 30 minut. W tym samym czasie myjemy ziemniaki kroimy na łódeczki, przyprawiamy, dodajemy trochę oleju i również wkładamy do piekarnika i pieczemy przez 30 minut. Kiedy obie blachy mamy w piekarniku robimy tzatzyki - ogórki trzemy na tarce (najlepiej na grubych oczkach) i wyciskamy z nich nadmiar soku. Twaróg wraz z czosnkiem i jogurtem mieszamy w misce, dodajemy ogórki, a następnie cytrynę, sól i pieprz. Ziemniaki i filety wyciągamy z piekarnika i smacznego! 

Uwagi
Ziemniaków najlepiej nie obierać tylko dokładnie wyczyścić gąbeczką, ponieważ skóra ziemniaka zawiera szereg witamin i wartościowych składników, które są nam niezbędne. 
Sznycle można również podawać z makaronem czy ryżem jeśli mamy mało czasu. 
Równie dobrze można je upiec na patelni jednak wiąże się to z użyciem sporej ilości oleju.  











JOGURTOWO-OWOCOWY PUDDING CHIA



Prawie rok temu na blogu pojawił się przepis na Pudding chia, ale w wersji z mlekiem, którego przygotowanie zajmowało znacznie więcej czasu z powodu oczekiwania na wchłonięcie przez chia mleka. Teraz chciałabym przedstawić wam przyśpieszoną wersję, której oczekiwanie skraca się właściwie do godziny, a jak ktoś jest bardzo głodny to może zjeść od razu i też będzie przepyszne. Ja dziś mam dla Was dwie propozycje na ten pudding - z dżemem wiśniowym i z borówkami, a który Ty wybierzesz? :)

Składnik (1 pucharek):
- 1 jogurt naturalny (190g)
- 3 łyżki nasion chia
- dżem wiśniowy

Składniki (1 pucharek):
- 1 jogurt naturalny (190g)
- 3 łyżki nasion chia 
- garść borówek

Jak zrobić?
Do jogurtu naturalnego dodajemy nasiona chia i dokładnie mieszamy, tak aby żadne z nasionek nie było "suche". Na dół pucharka dajemy dżem wiśniowy lub zblendowane borówki. Zalewamy to jogurtem z nasionami. Na górę również dodajemy dżem lub owoce. Wkładamy do lodówki na 30 minut, żeby się schłodziło i dokładnie wchłonęło, ale jeśli ktoś ma ochotę może zjeść od razu, bo całość się zsiada już po kilku minutach. 

Jak inaczej?
Dodatki można dowolnie modyfikować, na dół dżem na górę owoce i tak dalej. Najlepiej wybierać dżem w 100 % z owoców lub nisko-słodzony, wtedy mamy pewność, że nie znajduje się w nim więcej cukru niż owoców. 







BORÓWKOWO - BANANOWE PLACKI


Dawno nie było tutaj żadnego przepisu, więc dzisiaj mam dla Was szybką propozycję na śniadanie, które można zabrać ze sobą do pudełek - czyli placuszki bez jajek w wersji z bananem i borówkami, pycha!

Składniki (6 placków):
- 1 duży banan
- 3 łyżki mąki pełnoziarnistej (może być dowolna)
- 125 ml mleka (można zastąpić wodą gazowaną)
- 3 łyżki płatków owsianych
- ½ łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka ksylitolu
- garść borówek
- 1 łyżka odżywki białkowej (opcjonalnie)

Jak to zrobić?
Banana bledujemy na papkę, dodajemy resztę mąkę, mleko, płatki owsiane, proszek do pieczenia i ksylitol – mieszamy, żeby uzyskać jednolitą masę. Następnie dodajemy borówki. Placki pieczemy na oleju kokosowym z obydwóch stron. Bardzo dobrze smakują z syropem daktylowym. Smacznego!


   



BIEGANIE W UPALE. KILKA PORAD JAK SOBIE Z TYM PORADZIĆ



                Lubię biegać jak jest ciepło, ale nie lubię biegać w upałach i pełnym słońcu. Kiedy tylko mogę biegam jak najpóźniej się da, a jeśli już się nie da to szukam cienia, chociaż i on czasem się nie pojawia. Dzisiaj przychodzę do was z kilkoma poradami o tym jak biegać, gdy za oknem pełne słońce, wysoka temperatura, a bieganie już tuż, tuż. Czy należy sobie odpuścić? Skądże, ale warto pamiętać o kilku ważnych i prostych rzeczach, które czasem mogą nas uratować od poważnych konsekwencji.

1. Wybieraj pory poranne albo wieczorne.
To najlepsze opcje, jeśli chodzi o bieganie. Ja raczej jestem zwolenniczką wieczornego biegania, bo rano po prostu nie chce mi się wstawać, a nie potrafię biegać bez jakiekolwiek posiłku. Rześki poranek i chłodny wieczór naprawdę pomogą w utrzymaniu regularności w bieganiu i pozwolą uniknąć odwodnienia czy oparzeń słonecznych.

2. Jeśli już nie masz innej opcji i musisz iść w największe słońce.
Ubierz czapkę z daszkiem! I lekkie ubrania – najlepiej jasne. Unikaj czarnego koloru, który dodatkowo grzeje i weź ze sobą wodę czy chociażby plecak z bukłakiem, bo najgorsze dla organizmu jest odwodnienie – spada Twoja wytrzymałość, łatwiej o kontuzję, bo nie jest się w stu procentach świadomym, a co gorsza możesz doprowadzić do omdlenia, i co wtedy?

3. Unikaj otwartych terenów.
Szukaj cienia, biegaj w lesie gdziekolwiek byleby nie być ciągle na tzw. „patelni” wtedy masz szansę na dłuższe i wartościowsze bieganie.

4. Uważaj na kleszcze.
Jeśli wybierasz się do lasu nie zapomnij użyć ochrony na kleszcze, które przenoszą boreliozę, a skutki jej niewyleczenia mogą wyjść po kilku, a nawet kilkunastu latach.

5. Smaruj się filtrem.
A szczególnie twarz i barki – nie ma nic gorszego niż schodząca skórka i smarowanie się kefirem, zaufaj mi.

6. Nie rób intensywnych treningów.
Interwały zostaw sobie na chłodniejsze dni. Jak jest ciepło po prostu idź się rozbiegać, a nie haruj jak wół – nie ma sensu.

7. Nie testuj swojej wytrzymałości.
Nie ma nic głupszego (serio) niż sprawdzanie jak długo jesteśmy w stanie biegać w upale. Nie ma też sensu robić rekordów czasowych w pełnym słońcu. Bo skutki mogą być tragiczne.

8. Patrz na prognozę pogody.
Może trochę abstrakcyjne, ale warto się tym zainteresować. Upał, zero wiatru i duchota na dworze mogą być przedsmakiem burzy czy ulewy, dlatego zanim pójdziemy biegać dłużej warto zerknąć czy przypadkiem za chwilę nie spotka nas niemiła niespodzianka. Testowałam to na własnej skórze, ale w końcu człowiek uczy się na błędach, prawda? Poza tym nie ma niczego przyjemniejszego od biegania po burzy, wtedy powietrze jest najprzyjemniejsze, więc może lepiej troszkę poczekać.

9. Nie zniechęcaj się.
Przyzwyczajanie się wysokich temperatur bywa męczące szczególnie, jeśli to Twoje pierwsze wiosenno-letnie bieganie. Nie ma powodów do zmartwień, jeśli okaże się, że będziesz musiał wrócić szybciej do domu niż to zostało zaplanowane – lepiej czasem odpuścić, niż potem żałować. Pamiętaj – powoli do celu, bo efektów nie da się przyspieszyć, a szkoda zdrowia i nerwów.

10. Jeśli faktycznie nie dasz rady odpuść.
Jeśli na dworze faktycznie jest bardzo gorąco, a to jedyna pora, kiedy możesz biegać – daruj sobie. Ominięcie jednego biegania nie spowoduje, że cofniesz się do punktu wyjścia i wszystkie efekty przepadną, regeneracja i zdrowy rozsądek są najważniejsze.

11. Biegasz tylko dla siebie, pamiętaj o tym.
Kolega powiedział Ci, że dał radę biegać w upale to ty też chcesz to zrobić? Nie radzę. Bieganie dla popisywania się nie ma sensu i jedyne, co zrobi to Cię zniechęci, jeśli po prostu Ci nie wyjdzie. Pamiętaj o tym, że każdy organizm jest inny, każdy jest na innym poziomie i każdy z nas ma inny sposób żywienia, doświadczenie i umiejętności. Wszystko z głową.


To z mojej strony tyle. Pamiętajcie zdrowy rozsądek to podstawa - zapobiegnie przed tragediami, bo z odwodnieniem nie ma żartów, a najczęściej biegamy sami.



DOBRYCH NAWYKÓW POCZĄTKI – CZYLI O PUDEŁKACH SŁÓW KILKA


Po pierwsze to chciałabym podziękować za 15 000 odtworzeń bloga i za tak fajny odbiór poprzedniego posta o bieganiu! 

W świecie gdzie na każdym kroku jest sklep, fast food czy restauracja trudno jest nie wejść na szybką przekąskę – czy to baton czy hamburger albo frytki, bo przecież ciężko nie jest być głodnym, jeśli od rana do wieczora jest się na nogach. Skutki takiego odżywiania wychodzą znacznie później – problemy z żołądkiem, problemy z wagą i ciągłe zastanawianie się nad tym jak to jest możliwe, że trenuję kilka razy w tygodniu, a nie widać żadnych efektów, a wręcz przeciwnie. Dlaczego? Z jednego prostego powodu – żeby chudnąć trzeba jeść i to najlepiej regularnie! Jak więc to zrobić?

Warto zacząć tworzyć pudełka tzw. lunchboxy, w których będziemy mieć każdy z naszych posiłków. Jest to świetny sposób, jeśli nie chcecie podjadać podczas wykonywania swoich obowiązków, albo po prostu uniknąć posiłków typu fast food, bo wiecie, że macie przygotowane swoje, a szkoda, żeby mieć niepotrzebną nadwyżkę kaloryczną czy też nie zjeść posiłku, który sami przyrządziliśmy.

Co najlepiej mieć w takich pudełkach?
Generalnie najlepszą opcją są suche posiłki, ponieważ nie musimy martwić się o to, że cokolwiek wyleje nam się z pudełka. Jednak, jeśli macie pudełka przystosowane do sosów itp. to tak naprawdę możecie robić do nich wszystko;) Ja najczęściej do swoich pudełek robię kurczaka bądź indyka z ryżem czy też makaronem albo spaghetti, czy też placki albo omlet, jeśli robię nie tylko obiad. Pudełka też są dobrą opcją na owoce, które łatwo rozgnieść w torbie czy plecaku – wkładając je do pudełek nie musimy martwić się przykrą niespodzianką.

Kiedy robić posiłki do pudełek?
Spokojnie można robić je dzień wcześniej. Osobiście nie wyobrażam sobie, żebym miała wstawać o czwartej, żeby przygotować sobie posiłki na cały dzień, dlatego też robię to wieczorem – kurczaka porcjuję już wcześniej i wkładam do zamrażalki i gdy robię posiłek to po prostu go wyciągam wrzucam na patelnię i po sprawie. To samo dotyczy placków, makaronu i ryżu. Orzechy i wodę przygotowuję również dzień wcześniej. Jedyne, co robię rano to kroję warzywa i owoce oraz piekę omlet i ewentualnie robię kanapki, więc muszę wstać tylko 30 min wcześniej niż osoby, które nie robią sobie posiłków w domu, a jedzą na mieście.


Co mi dają posiłki w pudełkach?
1.    Świadomość tego, co jem – znam każdą przyprawę, która dodałam do posiłków, każdy jeden składnik, dlatego nie muszę martwić się, że znajdę w moim jedzeniu jakieś konserwanty i tym podobne.
2.    Świadomość tego ile jem – jak mamy wydzielone posiłki bez problemu możemy policzyć ile tego jemy – przydaje się to szczególnie dla osób, które chcą zrzucić kilka kilogramów, albo właśnie przytyć. Możemy spokojnie policzyć makro, chociaż ja już przestałam się w to bawić i jedyne, co liczę to wagę danego produktu i jego kaloryczność.
3.    Świadomość tego, kiedy jem – przygotowując sobie posiłki staram się zrobić ich tyle, żebym mogła spożywać je, co 3-3,5h wtedy mam pewność, że będę stale najedzona, a pokusy wokół nie będą miały dla mnie znaczenia.
4.    Pomagają w systematyczności – spożywanie posiłków w określonych porach pomogą nabrać nam zdrowego nawyku, jakim jest systematyczność.

Jakie są minusy pudełek
     Żeby nie było zbyt kolorowo warto powiedzieć o minusach pudełek, nie jest ich zbyt wiele i właściwie nie są, aż tak istotne, ale wspomnieć o nich można;)

1.    Pudełka zajmują dużo miejsca – tak to chyba największy minus noszenia pudełek. Ok, jeśli dostajesz się wszędzie samochodem problem właściwie jest niewielki – jednak gdy przychodzi Ci podróż innym środkiem transportu czy piechotą branie dodatkowej torby jest już dodatkowym balastem ;)
2.    Posiłki jemy na zimno – no chyba, że macie pod ręką mikrofalówkę do odgrzania obiadu, jeśli jednak nie to jesteście skazani na jedzenie go na zimno.
3.   Trzeba poświęcić na nie trochę więcej czasu – niż na kupno kanapki w sklepie, niestety. Ale przynajmniej wiemy, co jemy.

Pudełka są dobrym rozwiązaniem dla każdego, bo można przygotować do nich naprawdę bardzo pożywne posiłki, które zapewnią nam odpowiednie składniki, a nie puste kalorie, które spowodują, że za chwilę znów będziemy głodni. Jednak najważniejszy jest zdrowy rozsądek i jeśli naprawdę czasem zdarzy Ci się zjeść, powtarzam czasem kanapkę ze sklepu czy batonika nic się nie stanie, byleby to czasem nie zmieniło się na raz dziennie, a potem, co każdy posiłek.


No i jeszcze tak na koniec nie zapominajcie o wodzie – miejcie przy sobie zawsze jej butelkę! 



CO MI DAŁO BIEGANIE?


Obiecałam sobie, że po napisaniu pracy licencjackiej wrócę na bloga i zacznę go pisać nie tylko od strony kuchni, ale też i lifestylowej, bo ileż można czytać o zdrowym jedzeniu? J

W lipcu zeszłego roku na bloga wskoczył post odnośnie tego, dlaczego warto biegać. Ten chciałabym poświęcić temu, co mi dało bieganie i dlaczego tak naprawdę wolę je uprawiać bardziej niż inne sporty.

Po zeszłorocznych kontuzjach na jakiś czas odeszłam od biegania i zabrałam się za crossfit (i uwaga wbrew opinii nie stałam się tzw. babochłopem, a po prostu trochę silniejszą kobietą;)), który ma pomóc mi we wzmocnieniu całego ciała i nabraniu jakichkolwiek mięśni, a także pomógł mi odreagować wiele spraw, do czego jeszcze kiedyś wrócę. Jednak z czasem zaczęło mi czegoś brakować.

W lutym tego roku postanowiłam wrócić na stałe do biegania i tak już zostało, a za sobą mam Pierwszomajowy Bieg Uliczny w Krapkowicach, który wspominam z uśmiechem na ustach, bo chociaż nie udało mi się złamać magicznych 50 minut to i tak jestem zadowolona z tych 51:20, bo bawiłam się świetnie, mimo tego, że na pierwszych trzech kilometrach łapały mnie skurcze, a ostatnia prosta była kryzysem, po którym myślałam, że po prostu stanę. Tak naprawdę, po co to wszystko?

Biegam, od kiedy pamiętam, biegałam w przedszkolu, biegałam w szkole na każdym jej poziomie i biegam nadal. Co mi daje bieganie?

Bieganie tak naprawdę daje mi to, co cenię sobie najbardziej – spokój i wolność. Jak idę biegać nie istnieje dla mnie nic poza mną samą i trasą, którą sobie wybrałam – bez względu na to czy jest to 5 czy 15 km i jakie jest to tempo, w tym momencie liczy się dla mnie tylko to, żeby się wyluzować. Podziwiam tych, co 10 kilometrów potrafią przebiec w 30 minut, a nawet mniej i podziwiam ultra maratończyków i z zaciśniętymi kciukami kibicuję naszym – chociażby we wczorajszym Wings for Life Run czy chociażby Breaking2 i z podziwem patrzę jak osiągają niemożliwe. Jednak nie wywiera to na mnie presji i nie zniechęca mnie, bo dla mnie bieganie jest przyjemnością – nie muszę, co chwila podnosić sobie poprzeczki, bo zdaję sobie sprawę, że taki sukces osiągają jednostki.

Bieganie sprawia mi przyjemność, serio. Mój chłopak mówi mi, że jego bieganie najzwyczajniej w świecie nudzi, woli w tym czasie zrobić coś innego. Mnie na szczęście nie, bo przebiegnięcie trzy razy tej samej pętli sprawia mi taką samą przyjemność jak zrobienie jej raz.

Bieganie pomaga mi się odstresować – nie oszukujmy się każdy z nas ma lepsze i gorsze dni, ja jak mam te drugie idę po prostu pobiegać i wracam naładowana endorfinami. Bieganie przydaje mi się też, kiedy mam przed sobą wizję nauki przez kilka godzin, po jakimś czasie po prostu wstaję z krzesła i idę na dwadzieścia minut pobiegać.

Bieganie nie jest czasochłonne – no chyba, że jest weekend i chcę pobiegać dłużej;) Jednak generalnie nie zabiera dużo czasu, bo wystarczy dwadzieścia minut dziennie i swoje wybiegam. W porównaniu do crossfitu, który czasem zajmuje i półtorej godziny dziennie, na bieganie znajdzie się czas zawsze, bo nawet późnym wieczorem.

Bieganie pomaga mi wysmuklić sylwetkę – z ręką na sercu przyznaję się, że mam za sobą prowadzenie strasznie złego trybu życia. Jednak od czasu zmian w moim życiu, nastąpiła zmiana świadomość tego jak powinnam żyć, żeby żyć dobrze i tak też się stało. Bieganie angażuje wiele mięśni, pomaga spalać tkankę tłuszczową i podjąć walkę z cellulitem (o tak!), poza tym przy treningu siłowym, który mam właściwie 4-5 razy w tygodniu jest dobrym cardio, chociaż ja raczej unikam tego określenia.

Bieganie pomaga mi wzmocnić mój charakter – właściwie jak każdy sport, bieganie uczy pokory, że tylko ciężką pracą jesteśmy w stanie cokolwiek osiągnąć i nic nie osiąga się z dnia na dzień. Tak samo jak crossfit, jeszcze do teraz śmieję się z tego jak podniesienie pustej sztangi było dla mnie czymś przerażającym, a dzięki ciężkiej pracy jestem teraz w stanie wyciągnąć znacznie więcej i tak też jest z bieganiem – zaczynałam od trzech kilometrów i myślałam, że wypluję płuca, tak teraz robię znacznie więcej, bo ciężko na to pracowałam.

Bieganie nauczyło mnie zdrowych nawyków – pamiętam czasy jak poszłam biegać, a po powrocie do domu zaczynały się problemy żołądkowe, niestety. To dało mi do myślenia, że pora coś zmienić w swoim życiu i właśnie wtedy zaczęłam powoli przestawiać się na zdrowszy tryb życia i uwierzcie mi – naprawdę odechciewa się codziennie jeść chipsów, czekolad i pić niezdrowych napoi, kiedy przypomnisz sobie ile pracy wkładasz w treningi i jak to jedzenie ciąży Ci potem na żołądku. 

Jednak w tym wszystkim najważniejsze jest to, że bieganie daje mi zabawę i aktywny sposób spędzania czasu, bo znacznie bardziej wolę wyjść i pobiegać czy chociażby pospacerować z psem aniżeli siedzieć w domu przed telewizorem czy laptopem, bo szkoda życia szczególnie, jeśli ktoś spędza kilka godzin dziennie w pracy czy też w szkole lub na uczelni.

Bieganie to fajna sprawa i tak naprawdę dla każdego, bo jest i tanie i niewymagające żadnych dodatkowych umiejętności i predyspozycji, ponieważ kilometr przebiegnięty w kilkanaście minut nie różni się niczym niż kilometr przebiegnięty w kilka minut.

Wiosna już jest, lato powoli się zbliża może to dobry moment, żeby złapać jakąś nową „zajawkę”?








A'LA LECZO Z KURCZAKIEM



Nie dość, że spolszczone to jeszcze w dodatku a'la, więc dlaczego leczo? Bo nie mam innego pomysłu na nazwę ;)
Lubicie dania jednogarnkowe? Ja kocham! Takie jest też to danie (no dobra, jest dwu jeśli ktoś tak jak ja postanowi zjeść je z ryżem). Świetnie sprawdzi się jako szybki obiad albo danie główne na urodziny czy jakąkolwiek imprezę, więc do roboty!

Składniki:
- 2 duże filety z kurczaka
- 2 duże papryki czerwone
- 2 cebule białe
- puszka kukurydzy (400g)
- przecier pomidorowy (kartonik 500g)
- 100 ml wody
- olej kokosowy
- papryka słodka, chilli, sól himalajska, oregano, pieprz

Jak to zrobić?
Kurczaka myjemy, kroimy w kostkę i przyprawiamy słodką papryką, chilli, solą himalajską i pieprzem. Ja żeby choć trochę poczuć węgierski klimat do mojego a'la leczo dodałam słodką paprykę wprost z Węgier, ale zwykła słodka też wystarczy. Kurczaka odkładamy do lodówki na jakąś godzinę. W tym czasie obieramy ze skórki paprykę i wraz z cebulą kroimy na paski. Po około godzinie na rozgrzany olej kokosowy wrzucamy naszego kurczaka i pieczemy tak długo, aż będzie miał złoty kolor. Następnie do kurczaka dodajemy cebulę i razem dusimy przez dziesięć minut. Do cebuli i kurczaka dodajemy paprykę i wszystko razem dusimy. Po około dwudziestu minutach nasze warzywa wraz z kurczakiem podlewamy wodą (100ml), dodajemy kukurydzę i jeszcze dusimy przez kilkanaście minut. Po upływie tego czasu dodajemy przecier pomidorowy (nie koncentrat!) do naszego garnka i gotujemy. Jeśli wyda nam się zbyt gęste albo będzie tego za mało możemy dodać wody (byleby nie zrobić z tego zupy). Nasze a'la leczo przyprawiamy jeszcze solą himalajską i pieprzem. Smacznego!

Z czym to jeść?
Ja uwielbiam, a właściwie kocham jeść to z ryżem! Jednak można jeść go z chlebem, ziemniakami, a nawet i samo. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Jak inaczej?
Jeśli ktoś lubi zamiast przecieru można dać po prostu pomidory, ja na pewno w lato spróbuję, póki co wybieram przecier.






MUS CZEKOLADOWY Z BATATÓW



Kto lubi pyszne czekoladowe słodkości ręka do góry! 

Po kilku miesiącach wracam do Was z głową pełną nowych pomysłów, spokojem ducha i jeszcze większą świadomością na temat żywienia. Na pierwszy ogień i na małą słodką zachętę do odwiedzania bloga przychodzę do Was z przepisem na mus czekoladowy z batatów, który skradł moje serce. Nie dość, że prosty, bo składa się z 4 produktów to nie zawiera białego cukru i jest słodki, pycha!

Składniki (2 słoiczki 500ml):
- 800 g batatów (2 sztuki)
- 6 łyżek kakao 
- 1/2 szklanki mleka kokosowego
- 4 łyżki ksylitolu (albo innego słodzika)

Jak to zrobić?
Bataty obieramy ze skórki i gotujemy do ich miękkości - około 30 minut). Następnie słodkie ziemniaki ugniatamy i pozostawiamy do ostygnięcia. Dodajemy do nich kakao, ksylitol i mleko kokosowe, a później wszystko blendujemy na jednolitą masę. Gotowe!

Co innego?
Zamiast mleka kokosowego możemy użyć dowolnego mleka, bardzo dobrze mus będzie smakował również z mlekiem migdałowym. 

Z czym to jeść?
Mus czekoladowy można jeść dosłownie ze wszystkim! Dobrze smakuje zarówno z plackami na drugie śniadanie z omletem jak i jedzony sam z dodatkiem orzechów, bądź lodów.


Już wkrótce wracam do Was z nowymi przepisami i nie tylko. Do usłyszenia i smacznego!