28 sierpnia

BISKUPIA KOPA Z PSEM


To, że Biskupia Kopa jest jedną z fajniejszych gór w rejonie zaliczam ją do miejsc, w które lubię wracać. Niska z lekkim i szybkim podejściem (o ile idziemy żółtym szlakiem od Ziemowita), łatwa i nie zajmuje dużo czasu, bo jeśli dobrze pomaszerujecie w półtorej godziny powinniście być w schronisku, a jeśli pomaszerujecie troszkę szybciej to i przy wieży widokowej. Biskupia Kopa zaliczana jest do Korony Gór Polskich. Miałam okazję na nią wchodzić zimą, wiosną, latem i jesienią, a także wjeżdżać i zjeżdżać na rowerze, a więc kolejny krok to na nią wbiec i z niej zbiec, bo choć propozycji było już kilka to za każdym razem jakoś mi nie po drodze, cóż może warto w końcu się za to zabrać? W końcu to zaledwie 890m n.p.m, prawda? ^^


Tym razem postawiliśmy na Biskupią Kopę z psem i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to pierwsza wyprawa Roniego i właściwie przypłacona ogromnym stresem, ponieważ Mały ma dysplazję, nie jakąś bardzo zaawansowaną, ale nie też tą najlżejszą – można powiedzieć, że umiarkowaną, chociaż nie do końca jestem przekonana czy to właściwe określenie w przypadku choroby, ale niech będzie. Roni jest po operacji, które ułatwia mu normalne funkcjonowanie i mimo tego, że straszyli nas na każdym kroku: „oszczędzajcie go, nie będzie chciał się z Wami bawić, będzie ciągle leżał, nie będzie chciał spacerować, nie będzie chciał skakać” to na ostrzeżeniach się skończyło, bo pies ma się świetnie i jedyne, o czym marzy to ciągła zabawa i spacery, o które nagminnie się upomina (no dobra, jedzenie też… i to w sumie chyba jedzenie najbardziej mu się marzy). Dlatego też postanowiliśmy iść o krok dalej (tutaj pewnie zostanie zwrócona mi uwaga, że, po co ryzykować jak coś może się stać) i zabraliśmy go na długi spacer (chociaż kilka miał już za sobą, ale były to spacery do dwóch godzin na płaskim terenie) z tą świadomością, że ma to być spacer spokojny z przerwami i w razie zauważenia jakiś sygnałów świadczących o tym, że nogi nie do końca chcą pracować, a inni i Internet mieli rację ruszyliśmy… od Ziemowita w stronę schroniska (bo już byliśmy pewni, że szczyt Biskupiej Kopy odpada). 




I tutaj powinnam powiedzieć, że zawróciliśmy, bo pies nie dał rady i w ten sposób pokazać, że wszyscy mieli rację, a ja zrobiłam niepotrzebnie na przekór, ale tak nie będzie, bo...


...Roni spisywał się świetnie, czasem nie umieliśmy go dogonić, chciał zobaczyć wszystko, chciał być wszędzie, chciał przywitać się z każdym. Generalnie – robił wszystko to, co robi w stu procentach zdrowy pies. I nie chciał wracać.
Do schroniska dotarliśmy po ponad półtorej godzinie, ale… no właśnie postanowiliśmy iść drogą dojazdową, której nie znaliśmy, a nie szlakiem, co jak okazało się było błędem. Droga dojazdowa okazała się najgorszym rozwiązaniem z możliwych, bo oprócz tego, że ciągnęła się niemiłosiernie to w dodatku na jej trasie nie było praktycznie drzew, przez co słońce było nie do wytrzymania, więc zapas wody dla psa zostały wyczerpany (ale uzupełniony w schronisku)i choć droga dojazdowa wydawała nam się z pozoru łatwiejsza (bo przecież musi przejechać jakoś tamtędy auto, prawda?) to tak naprawdę zabrała z nas i psa większość energii zużytej na wejście. Mimo wszystko my daliśmy radę, pies dał radę i każdy z nas wszedł do schroniska zadowolony.



 W samym schronisku spędziliśmy prawie godzinę, każdy z nas coś przekąsił (oczywiście Roni uważał, że mu ciągle mało), napił się i ruszyliśmy w drogę powrotną myśląc, że już będzie z górki, bo przecież skoro pies zmęczony to będzie grzecznie schodził na dół… i tutaj się pomyliliśmy, bo okazało się, że Roni wyjątkowo szybko się zregenerował, więc był ciekawy świata (znowu). Na dół zeszliśmy w jakieś 45 minut i pojechaliśmy do mojej ulubionej smażalni ryb pod Biskupią Kopą, gdzie zjedliśmy pstrąga z frytkami i surówką (bardziej fit się nie da, mówię Wam). 


I chociaż mam świadomość, że skutki chorób najczęściej wychodzą po czasie to nie chciałabym, żeby Roni swoje życie przeżył siedząc na podwórku patrząc na świat zza płotu, albo spacerując wokół tych samych domków czy też dziur na polach, dlatego czasem wolę zaryzykować i przynajmniej wspominać, w szczególności, że co człowiek to inne zdanie, co strona internetowa to inne zalecenia i tak bez końca. Po prostu sami przyglądajmy się temu, co się dzieje, pamiętajmy o kontrolach i o spokojnym podejściu, bo panika i nadmierna ostrożność są tak złe jak ich brak, każdy przypadek jest inny i tyczy się to właściwie wszystkiego.

Pisząc ten post patrzę jak Roni smacznie śpi i ani myśli się przebudzić (no chyba, że ktoś otworzy lodówkę), a ja planuję kolejne wycieczki, które z nim odbędziemy i kolejne wyzwania, które sobie założyliśmy, ale o tym już wkrótce.







Jeśli uważasz, że ten post jest przydatny lub po prostu Ci się spodobał skomentuj go lub udostępnij, będzie mi bardzo miło! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz